Anna Piechowska

dziennikarz, fotograf, pilot wycieczek

 
13 February 2013
 

Niespodziewana, niezwykła czy niestrawna – część 4

Dlaczego muzyka do Hobbita to osobna przygoda?  Czy Jackson powinien być zadowolony z nowego klatkowania?

source: Hobbit movie

source: Hobbit movie

Zawsze byłam wielbicielem muzyki do Władcy Pierścieni, dlatego też z wielkim zniecierpliwieniem czekałam na ścieżkę dźwiękową do Hobbita. Słusznie też domyślałam się, że autorem nie może być kto inny jak tylko Howard Shore. Muzyka do Hobbita jest sama w sobie opowieścią. W uszach brzmią stare, dobrze znane motywy wioski niziołków, jak też dźwięki Rivendell pochodzące z Władcy Pierścieni, które podkreślają ciągłość obu opowieści i przypominają o istniejącym między nimi związku.

Obok nich mamy jednak całkowicie nowe elementy, które, doskonale komponują się z calością melodyjnej opowieści. Szczególną uwagę chciałabym zwrócić na motyw wędrówki stanowiący wariację na temat Misty Mountains (ten, okraszony nowozelandzkimi widokami i wędrującymi krasnoludami, był też motywem trailera), jak też na samą pieśń krasnoludów. “Niebezpiecznie wychodzić za własny próg, mój Frodo – powiadał nieraz. – Trafisz na gościniec i jeśli nie powstrzymasz swoich nóg, ani się spostrzeżesz, kiedy cię poniosą” – pisał Tolkien. Słuchając tych utworów mam pewne obawy, że nagle otrząsnę się z opowieści stojąc u podnóża Alp lub na nadmorskich, dalekich brzegach. Niebezpieczna muzyka.

Piękna muzyki do Hobbita dopełniają dzikie dźwięki instrumentów w czasie walk, czy też majestatyczny chór stanowiący tło do scen z Radagastem. Całość ścieżki do filmu to symfonia dźwięków, na poziomie tak samo wysokim jak soundtrack do Władcy Pierścieni.

source:Hagen Hopkins/Getty Images AsiaPac

source:Hagen Hopkins/Getty Images AsiaPac

Jacksonowi nie można też odmówić talentu do dobierania wykonawców końcowej piosenki. Neil Finn, odtwórca „Song of the Lonely Mountain”, porusza niewieście serca. Celowo mówię niewieście, gdyż zauważyłam, że panom zdecydowanie ta piosenka nie w smak, chyba ze względu na łagodne brzmienie i dość delikatny głos wykonawcy.  Warto jednak zwrócić uwagę na jej melodyjność, łagodne połączenie gitary z symfonią, które, przynajmniej ja,  zdecydowanie kupuję.

W Hobbicie jest jednak dokładnie jedna rzecz, z której Jackson nie powinien być w żadnym wypadku dumny. Mówię tu o nowym klatkowaniu – 48HFR, które, nawet jeśli w założeniu ma być zjawiskiem ciekawym, to po prostu nie wyszło. Wprawdzie, jak we wcześniejszych częściach recenzji wspominałam, pozbywamy się mankamentu 3D w postaci braku ostrości w dynamicznych scenach, to z kolei sceny, które tchną spokojem lub  są majestatycznie powolne, tracą całkowicie swój urok. Najlepiej widać to w pierwszych chwilach filmu. Bilbo wygląda tak, jakby biegał po norce, a nie z namaszczeniem rozpamiętywał przeszłość. Tak samo Thorin – zmierzając ku Blademu Orkowi pędzi na łeb, na szyję. HFR pogłębia wyraźnie nasycenie kolorów, a wręcz sprawia, że obraz wygląda na odrealniony – miałam wrażenie, że oglądam świetnie zrobioną animację. Przez nowe klatkowanie film wydaje się też być dużo krótszy, jak też ogólnie wygląda na niechlujny i niedopracowany, przez co traci swój czar.

(ostatni)CDN.

Najnowsze galerie: