Anna Piechowska

dziennikarz, fotograf, pilot wycieczek

 
8 January 2015
 

Hobbit. Bitwa Pięciu Armii. Ten ostatni akt.

Wielu się cieszy, inni się smucą, część jest rozczarowana, pozostali zachwyceni. Moje odczucia nie mieszczą się w żadnej z wyżej wymienionych grup, a jednocześnie zawierają elementy każdej. Dlaczego? Osoby, które jeszcze nie widziały najnowszego “Hobbit: The Battle of Five Armies” zachęcam do przeczytania recenzji dopiero po wizycie w kinie. W tekście znajdują się liczne spoilery.

Scenariusz

Po obejrzeniu trylogii hobbitowej jestem pewna tego, co wcześniej przypuszczałam. Trzy filmy Jacksona należy traktować jako jeden, ze względów dystrybucyjnych podzielony na trzy części.

source: Hobbit. The Battle of Five Armies

source: The Hobbit. The Battle of Five Armies

Od dwóch lat na każdym kroku słyszę chór rozczarowanych nowymi wątkami, postaciami nieuwzględnionymi w powieści zacnego prof. Tolkiena. Nie zgadzam się i zawsze będę bronić prawie wszystkich nowych wątków Nie wyobrażam sobie, jak można by poprowadzić akcję całego filmu, gdyby armia orków i goblinów wyskoczyła znienacka, jak w powieści mojego ukochanego pisarza. Film rządzi się innymi prawami niż książka. Gdyby równolegle do głównej przygody nie rozwijano wątku zła czającego się w mrokach dol Guldur i Gundabadu, widz poczułby się całkowicie zdezorientowany, co stanowiłoby o prawdopodobnej klęsce filmu. A na to wielkie wytwórnie nigdy sobie nie pozwolą. Również rozwinięcie wątku walki z Czarnoksiężnikiem jest słuszne i potrzebne – zawsze w książce brakowało mi wyjaśnienia, gdzie podziewał się Gandalf i na czym polegało wygnanie „Zła” z dol Guldur.

Podziwiam także cały zespół scenarzystów ostatniego Hobbita, gdyż na ekran w naprawdę dobry sposób przeniesiono to, co nie jest do końca scenariuszem filmowym. W Bitwie Pięciu Armii ekspozycja istnieje szczątkowo – film od początku charakteryzuje się wysokim poziomem napięcia i szybką akcją.

Szczególnie w ostatniej części głównym bohaterem stał się Thorin Dębowa Tarcza i jego szaleństwo, smocza choroba, ostatecznie okupiona skruchą i heroiczną śmiercią z ręki największego wroga. Poprowadzenie wątku w ten sposób bardzo przypominało pojedynek króla Artura i jego syna Gwydiona zwanego Mordredem. Z drugiej strony scena finałowej walki miała dla mnie także komiczny wydźwięk ze względu na Azoga wyskakującego spod lodu. Jak w filmach typu „Zombieland”.

source: Hobbit. The Battle of Five Armies

source:  The Hobbit. The Battle of Five Armies

Wbrew sugestiom „rzeszy nieszczęśliwych” w filmie można znaleźć wiele wartości takich jak: przyjaźń, poświęcenie, dobro czynione za najwyższą cenę, skrucha – wszystkie te, które ukochał Tolkien, umiłował także Jackson i szafuje nimi dość hojnie. Oczywiście w ekranizacji znajdziemy także te cechy, które tworzą czarne charaktery: chęć czynienia zła, chciwość, egoizm, tchórzostwo. Wraz z pozytywnymi wartościami tworzą one dobry balans.

W scenariuszu Hobbita znalazłam także kilka scen, które sprawiły, że oceniam najnowsze dzieło Jacksona niżej od poprzednich. Nie mogę znieść braku pogrzebu Thorina, podczas którego Thranduil kładzie miecz Orcrist na piersi krasnoludzkiego króla, kończąc w ten sposób spór i niejako błogosławiąc nowym mieszkańcom góry.

Wątek miłosny trójkąta: Tauriel, Legolas, Kili można tylko i wyłącznie tłumaczyć chęcią przyciągnięcia mas do kina. Prędzej Śródziemie by się zapadło niż elf i krasnolud pokochaliby się. Już przyjaźń Legolasa z Gimlim była ogromnym osiągnięciem na polu stosunków tych dwóch ras i tak powinno zostać.

Równie nietrafną okazała się dla mnie scena pożegnania Legolasa i Thranduila. Była to wyraźna, acz dość nieudana próba spięcia Hobbita z Władcą Pierścieni. Może młodsi ode mnie, którzy będą oglądali film w kolejności chronologicznej, inaczej ją ocenią.

W ogóle nie podoba mi się wepchnięcie Legolasa do nowej trylogii Jacksona – wiecznie gburowaty i obrażony elf zaszkodził wizerunkowi słodkiego księcia, jakiego pamiętam z Władcy Pierścieni. Poza tym nie da się ukryć, że czas wyraźnie odcisnął swoje piętno na Orlando Bloomie, który wygląda na starszego i zmęczonego życiem. Chyba, że powinnam doszukiwać się przemiany dzięki pewnemu Obieżyświatowi.

source: Hobbit. The Battle of Five Armies

source: The Hobbit. The Battle of Five Armies

W filmie znalazły się też sceny zupełnie dla mnie niezrozumiałe, których nie dało się do niczego przypiąć i przyłatać. Po pierwsze Thranduil mówiący Legolasowi, że jego matka go kochała. A to był gdzieś jakiś konflikt między Legolasem i jego matką? Chyba, że coś przeoczyłam. Może wersje reżyserskie drugiej i trzeciej części trylogii mi to wyjaśnią. Dodatkowo nie rozumiem skąd wzięła się scena, w której mieszkańcy Dale wraz z Bardem stoją na murach zniszczonego miasta i ktoś gra na rogu. Ponownie – mam nadzieję, że to jest zapowiedź pogrzebu Thorina w wersji reżyserskiej.

Trochę nieadekwatną metaforą było dla mnie także celowanie do Smauga z ramienia Baina jako obrona swoich dzieci przed złem, a takżeThorin topiący się w złocie jako symbol chciwości i upadku moralnego.

Ucieszyłam się natomiast z tego, że uwzględniona została licytacja dóbr Bilba i jego powrót do domu – symbol tego, że przygody nie są celem samym w sobie, lecz najważniejszy jest dom, który gdzieś daleko majaczy na horyzoncie.

Jeden z moich znajomych na swoim facebooku napisał, że Hobbit jest wg. niego luźną interpretacją, a nie adaptacją. Nie mogę się z tym zgodzić – światem scenariusza filmowego rządzi konflikt. Hobbit, jako opowieść dla dzieci, nie skupiał się na antagonizmach w zadowalającym – dla kinowego obrazu – stopniu, dlatego też wszelkie przeciwieństwa musiały zostać uwypuklone. Film jest bardzo wierny książce, z tym, że znacznie rozwija wszelkie jej wątki.

source: Hobbit. The Battle of Five Armies

source: The Hobbit. The Battle of Five Armies

Gra aktorska

Cały czas tkwię także w zachwycie z powodu gry aktorskiej większości ekipy filmowej. Wyróżnić tu muszę Benedicta Cumberbatcha, Iana McKellena, Martina Freemana czy Lee Pace’a. Wszyscy Ci aktorzy grali z wielką pasją, znakomicie wcielając się w swoje postacie. Jednakże, według mnie, ekran całkowicie skradł Richard Armitage, któremu (gdyby zależało to ode mnie) przyznałabym wszystkie nagrody świata. Nigdy nie zapomnę go w scenie rozmowy z Bilbem, w której od szaleństwa przechodzi do nieśmiałego przeczucia prawdziwego szczęścia, delikatności, spokoju, by zaraz potem zamknąć za sobą drzwi do świata normalności i powrócić do gryzącej go choroby.

Zdjęcia, montaż, posprodukcja

Na siłę usiłowano szukać epickich ujęć. Hobbit nie ma charakteru epopei jak Władca Pierścieni i patetyczne ujęcia bardzo drażnią – takim przykładem jest dla mnie scena, gdzie dzwon rozbija mur, po czym krasnoludy wybiegają z Ereboru. Jest także za dużo slow motion. Z drugiej jednak strony bardzo podobała mi się gra szczegółami (np. zbliżenia na ręce), jak też przepiękne ujęcia z bitwy – elfy wyskakujące znad krasnoludów, plany ogólne na wojska, kamera skupiająca się na poszczególnych bohaterach walczących na swoich odcinkach.

Nie do końca natomiast jestem przekonana do kolorów, które nałożono w procesie posprodukcji. Miejscami jest za dużo kontrastu, w innych zbyt wielkie nasycenie – np. Shire, a miejscami stworzono zbyt wielką ponurość – szarość gór. Niektóre postacie uczyniono także zbyt bladymi i przeźroczystymi, w szczególności elfy.

Efekty specjalne

Ostatnia część Hobbita pokazuje także, że więcej, nie zawsze znaczy lepiej. Jackson i jego ekipa od CGI zachowują się trochę tak, jakby ktoś wpuścił ich do największego sklepu z zabawkami i dał nieograniczony budżet na spełnienie zachcianek. Powoduje to, że wiele scen ociera się, a nawet przekracza, granicę kiczu. W scenie z robakami, które drążyły tunele dla armii orków, chciało mi się krzyczeć – Diuna, Diuna! Salwami śmiechu okrasiłam moment, w którym Legolas biegał w powietrzu po walącym się moście. Do łez rozbawił mnie Beorn zeskakujący z lecącego orła. Ujęcie z Dziewięcioma Upiorami Pierścienia i Sauronem było dla mnie przerażająco kiepskie. Scena, w której Thorin topi się w złocie i stara się pamiętać, że nie jest swoim dziadkiem jest kiczowata. Najgorzej jednak wypadła dla mnie post-apokaliptyczna Galadriela, która wyglądała niczym głodne zombie. Naprawdę wystarczyłoby, gdyby zrobiono dokładnie tyle ile w scenie: Frodo, Galadriela i Pierścień we Władcy Pierścieni.

source: Hobbit. The Battle of Five Armies

source: The Hobbit. The Battle of Five Armies

Z drugiej jednak strony – Jackson jakiś czas temu udzielił wywiadu, w którym mówi o tym, że nie lubi współczesnych hollywoodzkich blockbusterów i uważa, że przemysł oraz technologia pogubiły się. To każe mi zastanawiać się nad tym, czy Peter dołączył właśnie do grona hipokrytów, czy może do przesadzonych efektów specjalnych został zmuszony przez producentów żądnych zysków i hitu.

Zaznaczyć także muszę, że kiepskich efektów były jednak znacznie mniej niż tych niezwykłych. Mój podziw cały czas budzi i będzie budził przepiękny, nikczemny Smaug, monumentalne hale Królestwa pod Górą, palące się Esgaroth czy budzące grozę leże Czarnoksiężnika.

Muzyka

Jak zawsze też poczułam się uwiedziona i głęboko oczarowana ścieżką dźwiękową stworzoną przez Howarda Shore’a. Artysta połączył zręcznie znane od czternastu lat motywy dźwiękowe z tymi całkowicie nowymi. W sposób dla mnie zachwycający przeplatają się śpiewy chóru i symfoniczne instrumenty. Również utwór „The Last Goodbye” promujący ostatni film uważam za strzał w dziesiątkę, jako budzący bardzo pozytywne i nostalgiczne zarazem odczucia.

Jak widać, dla mnie “Hobbit. The Battle of Five Armies” był filmem wielu odcieni i kolorów. Jednocześnie spełnił moje oczekiwania, pozostawił w sobie pewną nutkę rozbawienia, ale też i żalu, że przygoda przynajmniej na kilka najbliższych lat się kończy. Miał w sobie wyraźne przesłanie dotyczące istoty „domu”, chciwości, upadku, odkupienia. Nie uważam, że ekranizacja była arcydziełem, była filmem bardzo dobrym – miała swoje wzloty, warte zachowania w pamięci momenty, ale też błędy, potknięcia i śmieszności.

Na koniec chciałabym także odnieść się do prześmiewczych stwierdzeń w Internecie, odnoszących się do ewentualnej realizacji powieści Silmarillion przez Jacksona i przypuszczalnej ilości filmów w postaci około dziesięciu. Nie rozumiem tego sarkazmu. Na czterystu stronach mojego wydania mieszczą się skrócone opowieści z trzech er świata i o poszczególnych bohaterach – to daje kilka tysięcy lat akcji. Najbardziej jaskrawym przykładem dla mnie jest historia Turina Turambara, która w Silmarillionie zajmuje około trzydziestu pięciu stron. Kilka lat temu ukazała się powieść „Dzieci Hurina” opowiadająca ponownie losy Turina, mająca ponad dwieście stron. Ta opowieść to jeden film. Ile więcej filmów trzeba, by dobrze i w pełni opowiedzieć to, co pozostawił po sobie prof. Tolkien w Silmarillionie? Policzcie.

source: Hobbit. The Battle of Five Armies

source: The Hobbit. The Battle of Five Armies

Najnowsze galerie: