Anna Piechowska

dziennikarz, fotograf, pilot wycieczek

 
31 January 2015
 

Wielka improwizacja – jak nie chodzić do kościoła cz. 4

„Aniu, czy zostaniesz moją żoną?” – wybrzmiało mi w uszach. Między nami zawisła martwa cisza. Szczekające psy, latające muchy, Austriacy gdzieś odpłynęli. Pozostało tylko to jedno pytanie.

Mój umysł intensywnie pracuje. Oczywiście, że pewnego dnia chcę poślubić Fogela. Jesteśmy razem już prawie trzy lata. Wspólnie przezwyciężyliśmy wiele kłopotów i trudności. Razem przeżywaliśmy wiele przygód i radości. Nie wiem, czy zjedliśmy już beczkę soli, ale znamy się jak łyse konie. Chcę powiedzieć „tak”.

Tylko, że „tak” nie chce mi przejść przez gardło – zawsze pragnęłam, aby oświadczyny były tym niesamowitym, romantycznym momentem prosto z najbardziej tajemniczych snów. W moich marzeniach Michał prosił mnie o rękę w wysokich górach, pośród gwiaździstej nocy pełnej różnych zapachów. Tymczasem przez mój upór nie wyszło.

Fogel patrzy na mnie wnikliwie. Chyba nie jest pewien mojej odpowiedzi. Czeka.

Denerwuję się i zbieram w sobie. W końcu wyrzucam z siebie to, co uznaję za właściwe:

– Oczywiście kochanie, że zostanę twoją żoną. Tylko czy właściwe zaręczyny moglibyśmy odłożyć na bardziej odpowiednią romantyczną, magiczną chwilę? To naprawdę zły moment.

W mojej głowie te słowa brzmiały znacznie lepiej niż w rzeczywistości. Chyba się nie zdziwię, jeśli Michał ciśnie we mnie pierścionkiem i sobie pójdzie.

– Dobrze kochanie – uśmiecha się. Moje zdziwienie nie ma granic. Zaczynam tłumaczyć się bez ładu i składu.

– Oj no, po prostu to nie tak miało wyglądać. I wiem, że zepsułam, że to moja wina. Ale to wszystko jest bez sensu.

– Spoko – Fogel siada obok i przytula mnie – poczekamy te kilka dni.

Kilka dni. Pewnie jest tak zły, że następną propozycję usłyszę za pięć lat.

Kazbegi-244

Tak zawsze wyobrażałam sobie moment oświadczyn fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

13 lipca wstajemy bardzo wcześnie. Ciągle mam moralnego kaca. Jemy szybkie śniadanie, pijemy kawę, pakujemy się.

Czasami wierzę w to, że złośliwość rzeczy martwych nie zna granic. W trakcie zakładania sakw okazuje się, że w moim nowym bagażniku wygięły się pręty łączące go z ramą. Jeśli pojeżdżę tak jeszcze kilka godzin, może dzień, zostanę bez bagażnika. Co robić? Nie mamy żadnych narzędzi, które mogłyby posłużyć do wyprostowania go. Mam ochotę walić głową o ścianę. Dlaczego ten sprzęt jest taki głupi? Dlaczego producenci wypuszczają takie buble? Dlaczego? Chce mi się płakać ze złości. Nie wiem, co teraz zrobimy, jak pojedziemy dalej. Jesteśmy uwięzieni na końcu świata. W całej swojej złości, desperacji, czuję nagle przypływ sił.

– Przytrzymaj proszę – podaję Fogelowi sakwy.

– Co zamierzasz? – pyta.

– Wyprostuję bagażnik.

– Jak?

– Zobaczysz.

Fogel patrzy na mnie powątpiewająco, ale spełnia moją prośbę. Chwytam bagażnik, jedną ręką przytrzymuję pręt, drugą go ciągnę. Jest! Udało się go naprostować! Ha!

Fogelowi oczy wychodzą z orbit, a szczęka opada prawie do ziemi.

– Ale jak?! – pyta – Nie wiedziałem, że jesteś tak silna.

Ja też nie wiedziałam. Może jak się zezłoszczę to jestem w stanie przenieść górę albo dwie. A może to ten bagażnik jest po prostu tak beznadziejny, że wystarczy mocno pociągnąć.

Niestety jest już dziewiąta. To by było na tyle z naszego wczesnego wyjazdu. Ładujemy sakwy, wsiadamy z pośpiechem na rowery, wracamy do Halbturn, a potem kierujemy się na południe. Kolejne godziny jedziemy przez austriackie pola, na których podziwiamy ich poziom rolnictwa – szczególny zachwyt Fogela budzą zraszacze nowoczesnego nawadniania.

Pola_003

Austriackie pola fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Mijamy kolejne wioski. W każdej z nich jest kościół, lecz każdy albo jest nieczynny, albo Msza św. będzie dopiero wieczorem. Nazywam ten dzień wyprawy „Dniem szlaku kościelnego”, bo odwiedziłam chyba wszystkie obiekty sakralne, jakie mijaliśmy.

Po południu na dobre opuszczamy Austrię i wjeżdżamy na Węgry. Tam sytuacja okazuje się być odwrotna. Wszystkie Msze św. były rano, teraz kościoły są już zamknięte. Moje rozczarowanie nie ma granic. Niedziela bez Eucharystii jest dla mnie dniem straconym.

Mamy też spory problem, jeśli chodzi o pieniądze. Przywieźliśmy Euro, nie posiadamy forintów. Kantory są zamknięte. Na szczęście sprzedawca na stacji benzynowej z uśmiechem na twarzy wymienia nam walutę.

Popołudnie zamienia się w wieczór, a my nie mamy pojęcia, gdzie zanocujemy. Mijamy małe węgierskie wioseczki i pola, lecz nie widzimy żadnych lasów, krzaków, jeziorek. Tylko pola i wioski, wioski i pola.

W końcu za Sopronhorpács znajdujemy wieżę ciśnień z polanką okoloną gęstymi drzewami iglastymi i krzakami. Od najbliższych zabudowań dzieli ją ponad kilometr. To dobrze wróży, dlatego postanawiamy sprawdzić, czy da się w jej pobliżu przenocować. Wieża zamknięta jest na cztery spusty, w stacji pomp migają jednak światełka maszyn. Teren okala płot, trawa jest przystrzyżona. Postanawiamy zaryzykować, bo i za bardzo nie nie mamy innego wyjścia.

Niedługo zapadną ciemności. Wiemy, że kolejnego dnia wstaniemy przed wschodem słońca, by nie kusić losu i gospodarzy tego terenu.

Wiele razy spałam na dziko. Zawsze jednak było to albo w górach, albo w większym gronie. Nigdy we dwójkę, nigdy na nizinach, nigdy tak blisko ludzi. Z tego powodu słyszę trzask każdej gałązki, szelest każdego podmuchu wiatru, odgłos każdego samochodu przejeżdżającego na niedalekiej drodze. Szczególnie irytuje mnie odległe szczekanie psów. Zwierzęta wiedzą, że w pobliżu znajdują się intruzi. A co jeśli domyślą się i ich właściciele?

Zaraz po zmierzchu wchodzimy do namiotu i kładziemy się do śpiworów. Mam już pogrążyć się w słodkich objęciach Morfeusza, gdy nagle słyszę samochód albo motocykl. Głośny, nienaturalny warkot silnika wyrywa mnie z półsnu. Ktoś wraca do domu – myślę i chcę z powrotem pogrążyć się w słodkim stanie nieświadomości.

Mój niepokój budzi jednak to, że pojazd zbliża się i przejeżdża obok krzaków, w których śpimy. To nic dziwnego – mówię do siebie. Przecież tuż obok wieży przebiega ścieżka. Może jest daleko w polu jakiś dom? – staram się być rozsądna, ale podświadomie wiem, że coś za chwilę się wydarzy. Mam rację! Ktoś wjeżdża na polankę!

Drętwieję z przerażenia, patrzę na Fogela ze strachem, po czym orientuję się, że widzę go tylko,dlatego, że ma włączoną czołówkę.

– Zgaś latarkę, zgaś latarkę – syczę. Michał bez słowa spełnia moje żądanie.

Krew krzepnie mi w żyłach, serce skacze do gardła. Tępo wpatruję się w ciemność. Przez moją głowę przelatują niewesołe myśli. Może ktoś nas widział i przyjechał przegonić, albo, co gorsza, „spuścić łomot”. Szeptem dzielę się z Fogelem swoimi spostrzeżeniami.

– A może po prostu ktoś przyjechał ustawić maszyny w wieży – Michał, mimo że stara się być głosem rozsądku, odpowiada równie cicho – spokojnie, nie panikuj.

Łatwo mu mówić. Na zewnątrz chodzą jacyś obcy, a on każe mi się nie stresować.

Silnik gaśnie, ktoś trzaska drzwiami i zaczyna nas dobiegać pisk jakiejś kontrolki. Chyba słyszę zbliżające się kroki. Zaraz na pewno ktoś zapuka do namiotu. Wstrzymuję oddech. Może powinnam uprzedzić obcego, wyjrzeć, powiedzieć “dobry wieczór” i uśmiechnąć się? A co, jeśli ten ktoś przyjechał tu w złych zamiarach? Moja wyobraźnia podsuwa najróżniejsze obrazy, każdy bardziej okropny od poprzedniego. Tak strasznie się boję!

– Idziemy spać? – nagle ni stąd ni zowąd pyta Fogel.

– Spać? Zwariowałeś? – świszczę szeptem – ktoś może chcieć nas okraść, zabić, a ty chcesz spać? Słońce cię dzisiaj w czerep przygrzało?

– Kiedy mi się tak chce spać.

Teraz czuję się nie tylko przerażona, rozpiera mnie także wściekłość. Co ten Fogel w ogóle sobie wyobraża! On chce nas zabić?

Minuty mijają, kontrolka piszczy, ktoś chodzi dookoła namiotu, Michał przysypia, a ja gdybam w ciemnościach. Tylko, że dopóki któreś z nas nie wystawi nosa za namiot, nie dowiemy się o co chodzi.

– Może byś wyjrzał? – szepczę do Fogela.

– A po co? – pyta sennie. Przyszedł, to sobie pójdzie.

– Żeby się dowiedzieć, o co chodzi!?

– Dlaczego ja?

– Jesteś facetem.

– Ale to ty chcesz się dowiedzieć o co kaman.

Nie wierzę własnym uszom. Jak można tak ignorować wszelkie zasady bezpieczeństwa na niepewnym biwaku.

– Dobrze. Śpij sobie – syczę obrażona – poradzę sobie.

Fogel pogrąża się w półśnie, a ja zostaję sama z naszym problemem.

 CDN.

Mapa Earth 4

Mapa poglądowa trasy source: Google Maps

Najnowsze galerie: