Anna Piechowska

dziennikarz, fotograf, pilot wycieczek

 
25 February 2015
 

Wielka Improwizacja – jak nie kupować biletów cz. 9

Strasznie się denerwuję, bo jeszcze chwila, a ktoś nas przejedzie. Fogel też ma nietęgą minę. I wtedy wyprzedza nas ciężarówka, która ścina sobie drogę. Kątem oka widzę, jak jedzie prosto na mnie.

O Boże! Gwałtownie skręcam. Pojazd mija mnie o centymetry, a ja prawie wpadam do rowu. W ostatniej chwili udaje mi się wyrwać nogę z SPD i nie zaliczyć potężnej gleby zębami prosto w grunt. Wygrażam pięścią za kierowcą i klnę nieprzyzwoicie.

Krótko przed zjazdem na Lozovac, w pobliżu którego chcemy znaleźć nocleg, widzimy pnącą się w górę drogę, a na jej końcu tunel. Wielki znak w oddali wskazuje, że za kilkaset metrów krajówka przekształci się w drogę ekspresową. Ups?! Jak jutro przedostaniemy się do Šibenika?

Przyjeżdżamy na camping. Załatwiam formalności związane z zameldowaniem. Dzisiejszy nocleg kosztuje nas o jedną trzecią mniej niż w Zagrzebiu, ale i tak uważam, że ponad sześćdziesiąt złotych za dwie osoby i namiot to spore przegięcie.

Próbujemy rozbić naszą pałatkę. Przychodzi nam to z trudem, bo nie mamy gdzie wbijać szpilek! Twardy, zeschły grunt przykryto pięciocentymetrową warstwą kamyczków. Gdy kończymy stawiać nasz tymczasowy dom, koszulki lepią się do ciała, a pot spływa strużkami z czoła. Słońce, które powoli kończy wędrówkę na tej części globu, świeci nam prosto w twarze. Drzewa nie dają żadnego cienia, chronimy się więc za namiotem.

Od innych gości wiele słyszymy o Parku Narodowym Krka, który mieści się prawie „za winklem”. Przy największym wodospadzie – Skradinskim Buku – można wykąpać się i poopalać. Na mapie weryfikujemy zdobyte informacje. Za rogiem w tym wypadku oznacza sześć lub osiem kilometrów w jedną stronę. Mam ogromną ochotę zobaczyć chociaż ten Park Narodowy, ale zegarek tyka nieubłaganie. Albo atrakcja albo regeneracja.

Wszystko się we mnie buntuje. Znów przez  pośpiech i plan, który skopałam.

Szybenik_018

Chorwacka flaga fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Jak bumerang wraca sprawa biletów z Czarnogóry do Polski. Na kilka dni przed wyjazdem nie wiedzieliśmy jeszcze jak chcemy z powrotem dostać się do domu. Najlepszym rozwiązaniem byłoby oczywiście na rowerze. Niestety, trzy tygodnie urlopu to wszystko, czym dysponowaliśmy. Oznaczało to, że z Bałkanów musimy do domu wrócić pociągiem, autobusem lub samolotem. Ostatnia opcja od razu odpadła ze względu na wysokie koszty. Najlepszym rozwiązaniem wydawał się pociąg. Niestety, okazało się, że za transport kolejowy będziemy musieli wyłożyć grubo ponad tysiąc złotych, bo sama trasa z Belgradu do Budapesztu to 50 euro od osoby plus koszty przewozu roweru.

Znaleźliśmy więc polskiego przewoźnika, który organizował wakacje w Czarnogórze, a przy okazji sprzedawał bilety na wolne miejsca w autobusie. Za podróż z Baru do Krakowa wraz z rowerami zapłaciliśmy osiemset złotych. Z góry. Oznaczało to, że jeśli pierwszego sierpnia nie dotrzemy do Baru, to powrót nam przepadnie.

Denerwuję się średnio pięć razy dziennie. Zawsze wtedy, gdy akurat mamy okazję zrobić coś nieplanowanego, co wydłuży naszą podróż. Tak nie można jechać na wakacje – to rujnuje dobry czas podróży, niszczy wiele przyjemności i kradnie widmo przygody. I tak staje się także tym razem. Siedzimy na campie i gotujemy obiadokolację.

Już po zapadnięciu ciemności wlokę się pod prysznic. Czas zmyć z siebie kurz, pył i przynieść ulgę spieczonej skórze. Podczas gdy myję już zęby słyszę, jak nasze urocze sąsiadki z Holandii nawiązują bliską znajomość z chłopakami z Czech. Dziewczyny nie mają jeszcze dwudziestu lat. Na ich chichoty, flirty, pogadanki o ulubionej muzyce i próby opisania wrażeń z podróży z politowaniem kiwam tylko głową mrucząc pod nosem: „Ach ta młodzież”. Nie pamięta już „krowa”, jak „cielęciem” była.

18 lipca z samego rana zastanawiamy się, jak mamy dotrzeć do Šibenika. Turyści zmotoryzowani z którymi rozmawiamy utrzymują, że tunel to jedyna trasa prowadząca do miasta. A na ekspresówkach nie wolno jeździć rowerem. Niedobrze.

Robię kanapki, Fogel szuka drogi. Atlas samochodowy w żaden sposób nam nie pomaga. Stanowi zbyt niedokładne źródło informacji. Dlaczego w cywilizowanym kraju nie znaleźliśmy lepszej mapy?

– Chyba odjeżdża stąd autobus do Šibenika. Może go złapiemy – on chyba nie mówi serio!

– Naprawdę? – okazuje całe swoje zniesmaczenie – może od razu pojedziemy do Baru?

Fogel odrzuca nieprzydatny atlas i grzebie w Bing Maps.

– Oczywiście, że mamy inną drogę! Ha!

– Pokaż, pokaż – zaglądam mu przez ramię.

Droga boczna, którą jedziemy do Šibenika, podobno nie istnieje, a wygląda na niedawno remontowaną. Nowy asfalt sprawia, że jedzie się szybko i przyjemnie. Niestety, na cień  nie mamy co liczyć. Otaczają nas tylko małe drzewka i zeschłe trawy. Przejeżdżamy nad autostradą, pokonujemy ostatnie kilometry i wjeżdżamy do miasta. Kierowcy jeżdżą znowu dobrze, wymijają nas zostawiając sporo miejsca. Może wczorajsze problemy były tylko chwilowym zdarzeniem?

Swoje pierwsze kroki kierujemy do marketu – na gwałt potrzebujemy wody mineralnej.

Przed podróżą kupiłam tabletki odkażające do wody. Miła Pani w sklepie obiecała, że te konkretne tabletki nie nadają wodzie smaku chloru. Tego ranka, po raz pierwszy musieliśmy z nich skorzystać. Okazało się, że „obiecanki cacanki, a głupiemu radość”. Woda, do której wrzuciliśmy małe, białe, okrągłe pigułki smakowała wstrętnie. Tak obrzydliwie, że w drodze do miasta piłam ją tylko wtedy, kiedy już naprawdę musiałam.

W Konzumie, najpopularniejszym markecie w Chorwacji, chciwie chwytam wodę, sok i …lody. Nie kosztowałam ich tu jeszcze. Znamy ryzyko spożywania lodów w upale. Nie straszne nam ból gardła czy angina. Rozpływamy się w śmietankowo – owocowym chłodzie. Wylewamy paskudną, chlorowaną wodę, napełniamy bukłaki nową, zdecydowanie smaczniejszą.

Wracamy do ścisłego centrum. Przez chwilę podziwiamy jeden z tutejszych kościołów. Lubię dalmatyńską zabudowę sakralną. Biały kamień, z jakiego najczęściej zbudowane są kościoły, prosta, strzelista wieża z dzwonnicą, rozety dopełniają piękna tutejszych świątyń.

Na placu przed kościołem stoi fontanna. Wywołuje mój gromki śmiech. Nawet żółwie odczuwają tutaj gorąco. Stoją na szczycie fontanny, na omszałych kamieniach i wyciągają swoje główki wysoko w stronę spadających kropel wody. Jeden z nich zabawnie macha lewą tylną łapą.

Szybenik_006

Żółwiu, coś Ci wpadnie do oka! fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_007

A nie mówiłam fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

– Uważaj – mówię do niego – jak tak będziesz wyciągać ten łeb, to zaraz coś wpadnie Ci do oka.

Oczywiście, jak tylko kończę, to prosto na biedne żółwie oko spada dorodna kropla wody, która rozbija się na setki maleńkich kropelek. Ten kurczy się w swojej skorupie i wygląda na obrażonego.

Niestety, o ile podróżowanie na rowerze możemy nazwać moją pasją, to zwiedzanie w trakcie eskapad rowerowych stało się koszmarem. Jeśli przebywamy w mieście tylko przejazdem i nie planujemy w nim spać, nie mamy gdzie zostawić jednośladów wraz z całym dobytkiem. Oznacza to, że najpierw musimy znaleźć miejsce, gdzie jedno z nas może usiąść, napić się kawy i przypilnować naszego „majątku”. W tym czasie drugie z nas odwiedza urocze zakątki. Potem zamieniamy się.

Fogel idzie przodem.

Wolny czas wykorzystuję na czytanie nowel Sienkiewicza. Zamawiam też hamburgera, który okazuje się być wyjątkowo niesmacznym. Zerkam na rowery. Michał wraca. Pokrótce opowiada o swoich wrażeniach. Teraz moja kolej.

Wiem, że na pewno chcę zobaczyć twierdzę św. Anny, katedrę św. Jakuba i zgubić się między wąskimi uliczkami Šibenika, jak radził mi przewodnik.

Šibenik to jedno z najbardziej rozpoznawalnych miast Dalmacji. Nie oznacza to jednak, że stanowi jedno z najbardziej zaludnionych miast. Leży tuż przy ujściu rzeki Krk. Od innych chorwackich miast na wybrzeżu odróżnia go to, że został założony stosunkowo późno, bo pierwszy gród obronny powstał tu dopiero około X wieku. Przez wieki zwierzchnictwo nad miastem sprawowali Wenecjanie. Trwające stulecia najazdy tureckie sprawiły, że wybudowano tu cztery potężne fortece. Po upadku Wenecji w mieście karty rozdawali Austriacy, a po I Wojnie Światowej na Šibeniku łapę położyła Jugosławia. Mieszkańcy nie zapominają także o tragicznych wydarzeniach, jakie miały miejsce tu w latach dziewięćdziesiątych.

Włóczę się po uliczkach, schodach, podziwiam białe kamienie miasta, w bramach chowam się choć na chwilę przed słońcem. Widzę niewielu mieszkańców – za to sporo turystów.

Na ziemi leży wyciągnięta kotka. W ogóle nie zwraca uwagi, gdy postanawiam ją sfotografować i pogłaskać. Moje myśli automatycznie kierują się ku domowi i dwóm małym, ślicznym istotom, które pewnie będą niesamowicie obrażone, gdy wrócimy. Shisha i Pangma. Przez niektórych, złośliwie ale pieszczotliwe zwane Sushi i Panga. Nigdy nie przypuszczałam, że można tak tęsknić za swoimi kotami. Dużo bym dała, żeby dziewczyny były urodzonymi podróżnikami. To jednak niestety marzenia ściętej głowy. 99% kotów domowych ceni własny kąt, miskę, czystą kuwetkę i zabawki. Mimowolnie robi mi się smutno.

Szybenik_047

Lenistwo poziom master fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Zmuszam się do otrząśnięcia z nostalgii i wspinam kolejnymi schodami aż trafiam na cmentarz. Tam podziwiam kolejne, miękkie, puchate, wąsate kulki, które kryją się w cieniu przed słońcem. Za moimi plecami mam fortecę, którą na mapie w przewodniku identyfikuję, jako twierdzę św. Anny.

Ogarnia mnie ogromne zdziwienie, gdy kupuję bilet i okazuje się, że przyszłam do twierdzy św. Michała. Przewodnik nie odnotował tego drobnego faktu.

Gdzie podziała się twierdza św. Anny? Zagadkę tę rozwiązałam tylko częściowo, już po powrocie do domu. To, co w przewodniku i często w Polsce, nazywa się twierdzą św. Anny, Chorwaci zwą „Tvrđava Sv. Mihovila”, czyli twierdzą św. Michała. Skąd taka rozbieżność? Nie umiem powiedzieć.

Wdrapuję się na mury fortecy i stamtąd podziwiam widok miasta z góry. Oglądam czerwono – brązowe dachy kościołów i domów. Uśmiecham się do lazurowego morza, wypatruję odległych wysepek. Gapię się na port w dole, na most, który biegnie nad rzeką Krka i wreszcie zerkam na twierdzę św. Jana, która znajduje się jeszcze wyżej niż ja. W myślach układam drogę do katedry św. Jakuba, której kopuły nie sposób pomylić z żadnym innym budynkiem sakralnym i zostawiam twierdzę za sobą, a jednocześnie zabieram ją do Polski – na licznych zdjęciach.

Powoli idę w dół miasta. Po drodze uwieczniam bramy, uliczki i piękny ogród w głębi jednego z domów. Parskam też śmiechem, gdy tuż pod katedrą napotykam stoisko z bransoletkami. Widzę, że nasze gusta sportowo – drużynowe są szerzej znane nawet poza granicami Polski.

W katedrze niewiele zobaczę. Ołtarz główny stoi cały w rusztowaniach. Bardzo jednak podoba mi się kamienne wnętrze nadgryzione zębem czasu.

Również na zewnątrz widzę rusztowania. Szkoda. Z drugiej jednak strony, aby zachować jej piękno dla przyszłych pokoleń, remonty są nieodzowne. Jeszcze przez chwilę patrzę na szmaragdowe morze i wolnym krokiem, gubiąc się tak często jak tylko się da, wracam do Michała.

Szybenik_071

Panorama miasta fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

– Co tak długo? – Fogel sprowadza mnie na ziemię.

– No wiesz, chciałam wszystko obejść dokładnie, żeby potem nie żałować, że nie zobaczyłam czegoś istotnego.

– A wiesz, która godzina?

– Skoro pytasz, to zbyt późna?

I tak o piętnastej czym prędzej ruszamy w dalszą drogę. Żegnamy się z Šibenikiem, który staje się ulubionym chorwackim miastem Fogela, a na mojej liście zajmuje trzecie miejsce.

Chcielibyśmy jeszcze dzisiaj dotrzeć jak najbliżej Trogiru. Wyjeżdżamy na popularnie zwaną Jadrankę. Dla tych, którzy nie wiedzą – Jadranska Magistrala, czyli Magistrala Adriatycka to droga biegnąca wybrzeżem Adriatyku. Kiedyś była to główna droga łącząca miasta w Dalmacji. Jednakże około dziesięciu lat temu w tych rejonach wreszcie wybudowano autostradę – ichniejszą A1. Dzisiaj ciągnie się ona do Ploče. Miało to odciążyć ruch na Jadrance. Ten plan nie do końca się udał.

Na magistrali spotykamy głównie samochody z chorwackimi i polskimi rejestracjami. Nagle znów zaczynam tęsknić do domu. Polscy kierowcy wymijają nas bardziej niż przepisowo. Mamy komfort, że nie wpadniemy pod żadne koła. Chorwaci natomiast jeżdżą tak, jak wczorajszego popołudnia –  zachowują się, jakby planowali nas przejechać! Co tu się dzieje? Rano jeżdżą przepisowo, popołudniu nie zważają na rowerzystów.

– Chyba wiem, czemu oni popołudniami jeżdżą jak pokraki – komentuje Fogel.

– Oświeć mnie, bo ja tego nie rozumiem – właściwie ledwo powstrzymuję się, żeby nie używać wulgaryzmów.

– Pamiętasz tego kierowcę z transportowego wczoraj pod sklepem, który chlapnął sobie dwa piwka w południe? W takim upale, to raczej nie zostaje bez wpływu.

– Możesz mieć rację – drapię się po głowie – bo i jak inaczej to wytłumaczyć? Rano jedzie się przyjemnie, a popołudniu do dupy.

Szybenik_118

Morze i wyspy fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Swojej teorii nie mamy jak sprawdzić inaczej niż obserwując Chorwatów. Coś jednak “piszczy w trawie”. Zdecydowanie.

Zjazd w dół. Rower szybko rozpędza się, skupiam się na tym, by wszystko odbyło się bezpiecznie, gdy nagle ze zdumieniem stwierdzam, że obok mnie jedzie samochód z dokładnie taką szybkością jak ja! WTF?

– Poooooooolllllllsssssskaaaaaaa! – z okna wychyla się jakiś koleś i krzyczy tak, że z przestrachu prawie spadam z roweru. Jadąc prawie pięćdziesiąt kilometrów na godzinę z trudem utrzymuję równowagę na rozpędzonym jednośladzie. Koleś cały czas jedzie równolegle do mnie. No, co za jełop! Jak pojedzie coś z przodu, to zaraz wjadą we mnie i zakończę swoje młode jeszcze życie na Jadrance. Wymarzone miejsce na śmierć.

Polacy w końcu zostawiają mnie w spokoju. Moja ochota jednak na chwalenie jazdy rodaków bezpowrotnie minęła. Przynajmniej w tej chwili.

Dojeżdżamy do Primošten. Fogel zachwyca się małym miasteczkiem, w którym chyba wszyscy wylegli na plażę. Wcinamy jakieś kanapki, spotykamy kolejnych Polaków, którzy opowiadają nam swoje perypetie na Chorwacji i pytają o naszą wyprawę.

Chcemy znaleźć jakiś camping kawałek za Primošten. Dotąd, między Šibenikiem a tym niewielkim miasteczkiem, napotkaliśmy ich chyba z piętnaście – żadnego nie było w przewodniku. Tylko, że dojechaliśmy już za Rogoźnicę, a campingu ani widu, ani słuchu. I też tak jakby morze się gdzieś schowało. Z mapy wynika, że Jadranka omija półwysep, który mamy po swojej prawej.

Szybenik_121

W Primosten fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Tam, nad morzem, pewnie znajdziemy jakieś pole namiotowe. Zjeżdżamy więc z krajówki i podjeżdżamy drogą, która ma nas zaprowadzić na półwysep. Czuję już duże zmęczenie. To był długi dzień. Nie mogę doczekać się, kiedy zejdę w roweru, wyciągnę nogi i położę się na brzuchu. Siedzenie daje mi się dzisiaj we znaki.  Kręgosłup boli. Bardzo chciałabym już gdzieś dotrzeć.

Fogel mówi, że skończyła mu się woda. Nic się nie dzieje, bo ja jeszcze mam jej sporo.

Podjazd rozciąga się w czasie i przestrzeni. Gdy wyjeżdżamy na górę okazuje się, że wcale nie dojechaliśmy do morza. Adriatyk to tylko wąska linia na horyzoncie, za którą właśnie chowa się pomarańczowo – czerwone słońce. Zachody słońca na południu są krótkie, stąd szybko zaczyna robić się szaro. Im większy półmrok zapada, tym bardziej rośnie mój niepokój. Gdzie tu są jakieś campingi?! We wszystkich znanych nam językach pytamy spotkanego człowieka, czy znajdziemy je tutaj. Mężczyzna przecząco kręci głową. Zestresowani jedziemy przed siebie. Spotykamy Niemców, którzy potwierdzają wersję mieszkańca tych terenów. Najbliższy camping według nich znajdziemy w Marinie! A to prawie osiem kilometrów od miejsca, w którym stoimy, z czego co najmniej kilometr podjazdu. Ciemności zapadają na dobre. Żeby dodać sobie otuchy biorę swoją rurkę od camelbaka, by nawodnić się trochę. Udaje mi się tylko lekko zassać. Mi też skończyła się woda!

 CDN.

Capture9

Trasa source: Google Maps

Szybenik_002

Kościół w Szybeniku

Szybenik_010

Uliczki w Szybeniku

Szybenik_019

Zgubieni

Szybenik_011

Fusion historii i nowoczesności

Szybenik_014

W Szybeniku

Szybenik_015

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_022

Tajemne schody

Szybenik_024

Wieża

Szybenik_026

Szybenik

Szybenik_030

Pierwsze tchnienie morza

Szybenik_038

Uliczki

Szybenik_041

Sprawdzimy co jest za nimi?

Szybenik_043

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_044

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_045

Drzwi do chorwackiej Narnii?

Szybenik_048

Może na chłodne wino?

Szybenik_050

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_032

Koty!

Szybenik_051

Cmentarz w Szybeniku

Szybenik_055

Pierwszy rzut oka na twierdzę św. Michała

Szybenik_056

Twierdza św. Jana

Szybenik_058

Cmentarna brama

Szybenik_059

Blaski i cienie f

Szybenik_060

Twierdza

Szybenik_061

Panoramy miasta widziane z twierdzy św. Michała

Szybenik_062

Most nad Krka

Szybenik_067

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_069

Stare miasto widziane z góry

Szybenik_073

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_074

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_075

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_077

Katedra św. Jakuba widziana z góry

Szybenik_078

I znowu Stari Grad

Szybenik_079

Morze i wyspy!

Szybenik_080

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_081

Przestrzenie

Szybenik_084

Spacerem dookoła twierdzy

Szybenik_086

Forteca

Szybenik_088

Gdy miasto przechodzi w port

Szybenik_089

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_090

Aj aj zanosi się na deszcz!

Szybenik_092

Biała twierdza na białej skale

Szybenik_094

Ogrody w środku miasta

Szybenik_100

Bo Polska znajdzie Ciebie!

Szybenik_101

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

 

Szybenik_098

Katedra św. Jakuba

Szybenik_099

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_108

Wejście do katedry

 

Szybenik_037

Portal

Szybenik_109

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Szybenik_111

Groźny lew szczerzy “kiełki”

 

Szybenik_105

W środku katedry

Szybenik_106

Lewa nawa

Szybenik_107

Prawa nawa

Szybenik_110

Na placu przed katedrą

Szybenik_112

W porcie

Szybenik_115

Nadmorskie wzgórza

fot. Anna Piechowska i Michał Fogelman

Samotne wysepki

Najnowsze galerie: