Anna Piechowska

dziennikarz, fotograf, pilot wycieczek

 
20 May 2015
 

Wielka Improwizacja – jak nie pchać roweru cz. 14

Dla mnie ten dzień wyprawy mógłby w ogóle nie istnieć. Chciałabym go wyciąć z pamięci, zapomnieć, zakopać, zamordować i utopić w odmętach Rowu Mariańskiego. Takiej porażki jak dziś w czasie podróży jeszcze chyba nie miałam.

Zawsze wierzę, że następny dzień włóczęgi okaże się lepszy od poprzedniego. Może nawet idealny. I dzisiaj wstaję z przekonaniem, że słońce będzie wysoko świecić na niebie, a ptaszki pięknie śpiewać. Wyczołguję się z namiotu i jakby na potwierdzenie moich myśli widzę promienie biegające między drzewami, a wysoko nad głową słyszę słodki szczebiot.

Michał idzie już w stronę wyjścia z campingu, ja jeszcze sprawdzam, czy niczego nie zostawiliśmy i wlokę się za nim. Widzę, że mój luby zatrzymuje się i rozmawia z pewnym mężczyzną – „tym tajemniczym starszym Panem”, czyli samotnym rowerzystą, z którym mijamy się w trasie od kilku dni. Aż do teraz nie udało się nam nawiązać z nim żadnego kontaktu. Dyskutujemy zawzięcie o Chorwacji, trasie, planach.

„Ten tajemniczy starszy Pan” pochodzi z Niemiec, ale od wielu lat mieszka w Australii. Raz na dwa lata pakuje rower do samolotu i odwiedza kolejne kraje. W trakcie swojej poprzedniej wyprawy wzdłuż i wszerz przejechał Polskę.

Narzeka, że mamy same krajówki, a kierowcy są prawie tak samo szaleni, jak Ci w Chorwacji. Aż podnoszę brwi ze zdumienia. Mam wrażenie, że znamy dwa różne miejsca. Wiem, że nasze powiatówki nie błyszczą nowością, jednak można liczyć na wcale ich niezłą siatkę. Wypytuję więc mężczyznę o mapy, z jakich korzystał. I okazuje się, że australijski Niemiec w trakcie swojej wyprawy używał tylko ogólnej mapy naszego kraju. No to masz Panie placek.

To nasze ostatnie spotkanie, gdyż mężczyzna wybiera się na wyspę Mljet, a stamtąd dopiero do Dubrovnika. Nie chce też już poruszać się krajówkami, gdyż obawia się o życie. My natomiast kierujemy się do Bośni i do “perły na Adriatyku” dotrzemy za jakiś czas.

Żegnamy się z „tym już nie tak tajemniczym starszym Panem”, życząc sobie wzajemnie szczęścia, zapraszając go do Polski i opowiadając o urokliwych drogach wśród polskich bezdroży.

W stronę Ston_001

Pożegnanie z Korculą

Już po chwili dojeżdżamy do portu. Wsiadamy na prom i po dwudziestu minutach dopływamy do Orebić, skąd mamy przedostać się do Ploče, by pojechać do Mostaru i Međugorje. Słonko świeci, morze szumi uspokajająco. Zapowiada się wspaniała droga. Kontemplując czar i powab dzisiejszego dnia, wyjeżdżamy z Orebić. W tym momencie rzednie mi mina. Naszym oczom ukazuje się znak, z którego dowiadujemy się, że czeka nas osiem kilometrów o ośmiu procentach nachylenia terenu pod górkę. O ja pierdzielę.

Początkowo podjeżdżamy nawet sprawnie. Ostatnie dni przyczyniły się do szybkiego wzrostu formy. Jednak po dwóch kilometrach nogi odmawiają nam posłuszeństwa, a ponad dwudziestokilogramowy bagaż z tyłu roweru waży tyle, co tonowy kamień. Jasno świecąca kula słoneczna zamienia się w naszego wroga. Gwałtownie wciągam powietrze i czuję, jak duszę się kurzem drogi i parującym asfaltem. Nie ma rady. Złazimy z rowerów i próbujemy złapać głębszy oddech.

Gdy mięśnie przestają nam drżeć, a ucisk w płucach zmniejsza się na tyle, że mogę znowu bez przeszkód cieszyć się tlenem, próbujemy ruszyć. Stawiam nogę w pedał. Nic z tego. Ciężar betów ciągnie mnie do tyłu. Jeszcze raz. Jedną nogą odpycham się od ziemi i próbuję wprawić rower w ruch, a drugą usiłuję kręcić korbą. Prawie ląduję tyłkiem na drodze. Drapię się po czole. Nie ma rady, czeka mnie długie pchanie roweru pod górkę. Michała zresztą też.

Nasze jednoślady prowadzimy już od godziny. Krok za krokiem, koła przesuwają się o milimetry do przodu, krople potu spływają po spieczonym czole. Garbię się próbując schować się przed słońcem. Moje płuca płoną pyłem drogi i żarem powietrza. Twarz mi się topi, a na stopach wyrastają pierwsze pęcherze. SPD to raczej kiepskie podejściówki. Za mną gramoli się Fogel, wręcz szary ze zmęczenia.

Z wysiłkiem podnoszę głowę. Nad nami majaczy jakaś wiata. Dach, cień – krzyczy cicho mój umysł.

– Michał – sapię – zobacz. Tam będziemy mogli odpocząć.

Fogel z trudem wyciąga szyję i potakuje. Następne minuty to najdłuższe pół godziny w moim życiu. W końcu doczłapujemy się do zadaszenia, z ulgą opieramy rowery o słupek i zwalamy się na ziemię. Kręci mi się w głowie ze zmęczenia i marzę o tym, by po prostu położyć się tu i zasnąć. Po chwili z budynku wychodzi mężczyzna. Okazuje się, że trafiliśmy do jakiegoś zapomnianego prywatnego punktu Informacji Turystycznej. Właściciel łamaną angielszczyzną wypytuje nas gdzie jedziemy i jak przebiegała nasza podróż. Gdy pierwsze lody zostają przełamane, pyta:

– Jesteście studentami czy bezrobotnymi? – w odpowiedzi na nasze zszokowane i zniesmaczone miny, stwierdza: Normalny, pracujący człowiek, jako wyznacznik statusu, powinien posiadać swój samochód. Tutaj rowerami jeżdżą tylko Ci, co nie mają pieniędzy.

W stronę Ston_009

I coraz wyżej

Bez komentarza po prostu. I wtedy nagle dociera do mnie to, co podejrzewałam już od jakiegoś czasu. Nie lubię Chorwatów z wybrzeża dalmatyńskiego. Ich chciwość, ciasnota poglądów, nieżyczliwość i gburowatość działają mi na nerwy. Bardzo.

Patrzę na Michała i widzę, że także czuje się urażony. Zbieramy się, chłodno żegnamy i pniemy w górę. Z góry jak na dłoni widzimy Orebić, w oddali majaczy Korčula. Słońce praży niemiłosiernie, a przez gorące podmuchy letniego wiatru nie możemy oddychać. Pot leje się z nas wiadrami.

Kawałek znowu podjeżdżamy, potem pchamy rowery, aż w końcu docieramy do najwyższego punktu w okolicy. Stąd droga prowadzi lekko w dół, to znowu trochę pod górkę. Żadnych okropnie wielkich podjazdów.

Dojeżdżamy do skrzyżowania. W lewo prowadzi droga na Trpanj i do Bośni, a prosto w stronę Dubrovnika. W głębi serca wiem, jaką musimy podjąć decyzję i czuję jakby ktoś krajał mnie nożem. Zatrzymujemy się. Tęsknie patrzę w lewo.

– Wiesz już? – z niechęcią mówi Michał.

– Tak – odpowiadam szczerze zmartwiona – jeśli pojedziemy do Bośni możemy nie zdążyć na autobus, tym bardziej, że dzisiaj na pewno nie dojedziemy do Mostaru, jak pierwotnie planowaliśmy.

– Do Mostaru najwcześniej dotrzemy jutro wieczorem – Michał potwierdza moje najgorsze obawy – bałbym się zostawić sześć dni na przemieszczenie się między Bośnią a Barem.

– Następnym razem – odpowiadam ściśniętym głosem. Nie odwracając się wsiadam na rower i odjeżdżam. Tak bardzo nienawidzę, gdy rozsądek musi wziąć górę nad pragnieniami, że wzięłabym siekierę i potłukła go na kawałki. Niestety, to prawdopodobnie skończyłoby się jakimiś ciężkimi obrażeniami.

Im bardziej oddalamy się od wybrzeża, tym bardziej surowy śródziemnomorski krajobraz nabrzeża zamienia się w zieloną krainę pełną krzewów. Region, przez który przejeżdżamy, pretenduje do miana „winnej krainy tej części Chorwacji”. Przy każdym gospodarstwie, które mijamy, widnieje szyld zapraszający przejeżdżających do skosztowania niebiańskich dla podniebienia trunków. Niestety, dzisiaj się nie skusimy.

Zmęczeni, głodni i spragnieni postanawiamy zrobić sobie krótką przerwę. Cienia jednak w tym regionie, szczególnie w godzinach wczesnopopołudniowych, próżno szukać. Zatrzymujemy się więc na przystanku autobusowym, szukając choć skrawka przestrzeni bez słońca. Na nasze nieszczęście okazuje się, że chorwackie wiaty autobusowe mają dużo wspólnego z polskimi. Śmierdzą moczem. Pakujemy więc do ust po kilka żelków, zapijamy je wodą i czym prędzej uciekamy z tego nieprzyjemnego miejsca.

W stronę Ston_012

Zostawiając za sobą Orebić

Droga ciągnie się bez większych niespodzianek aż do momentu, w którym widzimy znak mówiący o ośmiokilometrowym zjeździe o nachyleniu osiem procent. Tylko nie to! Mam ochotę zamknąć oczy i krzyczeć z przerażenia, gdy jezdnia zaczyna uciekać mi spod kół. Skupiam się tak, jak tylko potrafię powtarzając cicho pod nosem: Hamuj pulsacyjnie, hamuj pulsacyjnie!

Nagle znów znajdujemy prawie na poziomie morza. Nie budzi to mojego zadowolenia. Założę się, że zaraz znów spotkamy znak mówiący o długim i stromym podjeździe. Chwilę później gratuluję sobie wspaniałego szóstego zmysłu. Pedałujemy pod górkę, aby za chwilę znów zjechać. Tak pokonujemy cały półwysep w poprzek.

Mimo coraz późniejszej pory decydujemy się zatrzymać w Drače. Rozpaczliwie potrzebujemy odpoczynku, kawy i noclegu w tym rejonie, gdyż nie ma nawet cienia szansy, że dotrzemy dzisiaj do Dubrovnika. Znajdujemy niewielki bar. Siadamy, zamawiamy espresso oraz latte i zaczynamy ostro rozważać nasze możliwości. Znów jesteśmy w Chorwacji spoza turystycznych szlaków, której nie opisano w przewodnikach i mapach. Informacji na temat noclegu brak. Zaczynamy więc rozpytywać kelnerkę, czy wie coś o campingach w okolicy. Niestety, niczego sobie nie przypomina. Niedobrze. Płacimy za kawę i ruszamy w dalszą drogę.

Kilka kilometrów za Drače słyszymy jadącego za nami tira. Z naprzeciwka nadjeżdża samochód straży pożarnej. Mam złe przeczucia. Kątem oka patrzę, co dzieje się za mną. Dobrze robię, bo ciul kierujący ciężarówką w ogóle nie zwraca na nas uwagi. W ostatniej chwili, by nie zginąć pod kołami pojazdu, skręcam do rowu. Wyskakuję z pedałów i automatycznie pokazuję mu swoim trzecim palcem, co o nim myślę. Ależ mnie baran rozzłościł. Strażacy na domiar mojego wkurzenia trąbią na nas. Naprawdę, mam wrażenie, że tu kierowcami zostają idioci.

Nasz problem z noclegiem rozwiązuje się, gdy znajdujemy tablicę informacyjną dotyczącą tego rejonu. Okazuje się, że camping możemy znaleźć w miejscowości Brijesta. Jedziemy tam. Trafiamy do malutkiej wioski w zatoce, w której stoi kilka domów na krzyż. Nie ma tu dużego kościoła, a w miejscowym sklepie można znaleźć nie więcej niż kilkanaście produktów. Sam camping położony jest koło cmentarza. Przyjemne, ciche miejsce, z dala od ruchu turystycznego stanowi dobrą bazę wypadową dla zmotoryzowanych zarówno do Neum, Mostaru czy na Korčulę, do Ston i Dubrovnika. Jedyny problem tego miejsca to woda. Zarówno w toaletach, jak i pod prysznicem oraz w umywalkach płynie słona woda morska. Do wody pitnej przeznaczony jest osobny kranik. Jeden.

Po traumatycznym dniu pełnym walki sprawdzamy licznik rowerowy. Z ciężkim sercem widzimy, że zrobiliśmy nie więcej niż 35 kilometrów. Masakra.

Jedno jest pewne. Słońce wysoko świeciło dzisiaj na niebie, a ptaszki naprawdę głośno śpiewały.

CDN.

Capture14

Trasa source: Google Maps

Najnowsze galerie: