Anna Piechowska

dziennikarz, fotograf, pilot wycieczek

 
13 July 2015
 

Wielka Improwizacja – pożegnanie z Chorwacją – cz. 16

Gdy autobusem wracamy na camping zastanawiam się, czy wolę Dubrovnik czy Split. Nie mogę się zdecydować.

Wstrzymuję oddech, gdy zbliżamy się do namiotu. Znajdziemy nasze rzeczy, czy też do Polski będziemy wracać pieszo? Z trwogą rozpinam namiot… by przekonać się, że wszystko leży tak, jak zostawiliśmy. Moją ulgę można wymacać w powietrzu. Uff. Bierzemy prysznic, otwieramy litrowe wino w kartonie, które przywieźliśmy z Dubrovnika i kosztujemy je, spodziewając się smaku siarki. Jeden łyk, drugi, trzeci. Mniam!

– Naprawdę smaczne to wino – podnoszę brwi ze zdumienia.

– Noo, niczego sobie – potwierdza Michał – spodziewałem się jakiegoś paskudnego sikacza, którego trzeba będzie wylać.

Sączymy powoli trunek, wsłuchując się w odległy szum fal. Nim się orientujemy okazuje się, że wchłonęliśmy już pół litra wina.

– Eee, jak tak dalej pójdzie nigdzie jutro nie pojedziemy – stwierdza Michał.

– Mhh – przytakuję mu – mam tylko nadzieję, że w tym upale do jutra nie zepsuje się, bo byłoby  szkoda dobrego alkoholu.

Pora spać. Układamy się w namiocie i zasypiamy w ciągu minuty.

Ranek, tradycyjnie już, budzi nas gorącym słońcem i bezchmurnym niebem. Wstajemy w dobrych humorach, które jednak gwałtownie pogarszają się, gdy przypominamy sobie, że za chwilę znowu trzeba wyjechać na Jadrankę. W milczeniu, z zaciśniętymi zębami pakujemy się i ruszamy w drogę.

Na szczęście wczesnym rankiem ruch na krajówce jest raczej niewielki. Pędzimy więc, by jak najszybciej dostać się ponad Dubrovnik, gdyż na tym odcinku podejrzewamy największy ruch. Za niespodziankę uznajemy to, że bez przygód docieramy do mostu dr. Franja Tudmana. Do niedawna, by dostać się do miasta, trzeba było objechać całą zatokę. To dodatkowe trzynaście kilometrów. Zaczynam się cieszyć, że nie spotkało nas to, tym bardziej, że wzmaga się upał, który okrutnie nam dokucza.

do Czarnogóry_001

Most dr Franja Tudmana, w tle prom Nieuw Amsterdam

Na chwilę zatrzymujemy się na moście i podziwiamy ogromny prom, który najpewniej za niedługo wypłynie do Włoszech, a potem może do Barcelony, a nawet do Ameryki. Nieuw Amsterdam, bo tak nazwano okręt, ma aż jedenaście pokładów i na oko około trzysta metrów długości. Bestia. Nie mogę się zdecydować, czy chciałabym kiedykolwiek odbyć podróż na tak ogromnym promie, czy też utknięcie na wielkim kawale metalu otoczonym bezmiarem wód byłoby zbyt przerażające.

Przy tunelu prowadzącym do Dubrovnika napotykamy autostopowicza, który niewinnie wyciąga rękę w stronę nadjeżdżających samochodów. On chyba jeszcze nie wie, że złapanie stopa to tutaj nie gratka. A może to tylko my zazwyczaj zniechęcamy kierowców.

Podziwiamy Stare Miasto z punktu widokowego. Wodzimy wzrokiem po dachach i budynkach. Uśmiechamy się w stronę baszt i murów, po których spacerują turyści. Biało-pomarańczowy Dubrovnik kontrastuje z błękitem morza. Fogel pokazuje mi, gdzie zostały jeszcze nieliczne ślady wojny, bo wczoraj nie mogłam ich odnaleźć. Chwilę później toczymy się w stronę granicy chorwacko – czarnogórskiej, zatrzymując się jednak jeszcze wśród cyprysów na choćby kilka zdjęć.

do Czarnogóry_003

Dubrovnik z punktu widokowego obok Jadranki

Perła Adriatyku powoli zostaje za nami. Po jednej stronie mamy morze, po drugiej białe skały okryte siatką ochronną. Po lewej i na wprost majaczą góry. Wyschnięta roślinność nie jest tutaj  zbyt wysoka, nie możemy więc liczyć na cień. Mijamy kolejne wioseczki z białymi domami i pomarańczowymi dachami. W oddali majaczy jeszcze Dubrovnik, by w końcu pożegnać nas i zniknąć za zakrętem. Na Jadrance panuje wzmożony ruch. Kierowcy wyraźnie śpieszą się i zachowują jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Co chwila słychać klaksony, na dźwięk których prawie podskakuję. Jak się później okazuje, wszyscy śpieszyli w stronę lotniska. Dopiero za nim ruch maleje i droga staje się niemalże przyjemna. Prawie nie zauważam już podjazdów i zjazdów. Mięśnie się przyzwyczaiły. Wyraźnie też czuje się, że dotarliśmy na koniec kraju.

Jedziemy przez tereny gór i cyprysów. Nie ma tu miast, ani wiosek, mijamy jedynie nieliczne domy spowite winem, sprawiające wrażenie zapomnianych.

– Chciałbym po raz ostatni napić się chorwackiej kawy – wzdycha Michał – ale patrząc na tę pustkę obawiam się, że nie ma tu już żadnego baru.

– Może tak, może nie – staram się zachować optymizm – nie wiadomo co spotka nas za zakrętem.

Ostatnie spojrzenie na "Perłę Adriatyku"

Ostatnie spojrzenie na “Perłę Adriatyku”

Ku naszemu zaskoczeniu wyłania się osiedle, może mała wioska, w której znajdujemy najprawdziwszą restaurację.

– Przerwa na kawę – obwieszcza zadowolonym głosem mój luby.

Zjeżdżamy z drogi i ustawiamy rowery blisko wejścia. Wchodzimy do ogródka i mam ochotę natychmiast wyjść. Na stole leżą białe, nieskazitelnie czyste obrusy, a dookoła panuje prawie sterylna czystość. Ja natomiast czuję się brudna, spocona, śmierdząca. Aż mi wstyd wchodzić do tak ładnego miejsca, w takim stanie, w jakim właśnie się znajduję. Tym gorzej czuję się, gdy widzę zmierzającą w naszą stronę ładną, zadbaną kelnerkę. Cóż, muszę przyznać, że na każdej wyprawie doznaję podobnego „objawienia”. Przez wiele dni podróżuję, myję się tak jak pozwalają mi na to warunki, jakie napotykam na drodze, robię pranie wtedy kiedy mam ku temu okazję, jednakże po około 16-20 dniach podróży, zaczynam mieć wrażenie, że nie pachnę fiołkami. I dzieje się tak, choćbym codziennie zmieniała podkoszulki, a prysznice brała po każdym większym wysiłku.

Powtarzam sobie więc, że to tylko moje urojone wrażenie. Starając się powstrzymać chęć ucieczki, zamawiam dwie kawy. Gdy ją dostajemy robi mi się smutno. Sączę ją najdłużej jak tylko się da.

do Czarnogóry_041

Ostatnie chwile w Chorwacji

– Trochę mi żal wiesz? – mówię Michałowi.

– Czemu? – pyta.

– Zaraz zostawiamy Chorwację za sobą.

– Przecież jej nie lubisz – dziwi się mój luby.

– No taaak. Z jednej strony nie lubię Chorwatów, a z drugiej nie zobaczyliśmy jeszcze tylu miejsc – Plitvickich Jezior, Zadaru, Ston, Mostaru i Medugorje w Bośni. Nie wiadomo, kiedy życie znowu przyniesie nas w te rejony. A ja z jednej strony czuję się syta wrażeń na drodze, ale jednocześnie mam wrażenie, że ponieśliśmy stratę. Taką nie do odrobienia, bo nawet jeśli wrócimy tu za rok, za dwa czy za dziesięć lat, to będziemy już trochę innymi ludźmi. Te miejsca także będą różne od dzisiaj. Drzewa urosną, niektórzy mieszkający tu ludzie umrą, niektórych zabytków może już nie być. Może w przyszłości okaże się, że przez dzisiejsze decyzje coś zgubiliśmy?

– Co takiego? – pyta.

– Nie wiem. Chwilę, wrażenie, może jakąś przygodę którą mieliśmy spotkać, a z którą się rozminęliśmy.

Michał stara się nie przewracać oczami. Moje myśli raczej go bawią niż przywołują przemyślenia.

– Nie martw się, wrócimy – stwierdza.

– Patrząc na ilość miejsc, które chcemy zobaczyć? Nie sadzę – parskam złośliwie.

Wracam do swojej kawy, ta jednak niestety kończy się za szybko. Płacimy rachunek i przygotowujemy się powoli do dalszej drogi. Staję jeszcze naprzeciwko gór wpatrując się w nie chciwie.

do Czarnogóry_043

Coś się kończy…

W tym momencie bardzo żałuję, że podróżujemy tylko tak wakacyjnie. Nie, nawet nie myślę o  rocznej przerwie i podróży dookoła świata, jednakże o ile prostsza byłaby nasza wyprawa, gdyby stanowiła prawdziwą misję – tak jak podróż Froda, rodzeństwa Pevensie, czy choćby św. Pawła. Wszystkie te trudności, które napotkaliśmy nie byłyby wtedy tak irytującymi przeszkodami, a jedynie przeciwnościami, której pokonanie zbliża nas do celu. Może w każdej mojej przyszłej wyprawie powinnam szukać zadania do wypełnienia, które nadałoby większy sens temu co robię. Zaraz, zaraz – czy ja właśnie uznałam, że moje podróżowanie nie ma sensu? Nie, nie o to mi chodzi. Chyba po prostu stwierdzenie „chcę jeździć”, po to by wyrywać się ze swojej rzeczywistości przestało dla mnie działać. Chcę podróżować, chcę poznawać obce miejsca po to, by przywieźć coś ze sobą. Coś, co pomoże mi przetrwać każdy kolejny dzień i sprawić, by stał się lepszy od poprzedniego. Głębsze spojrzenie na życie w innych krajach? Czy może wiedzę o innych sposobach myślenia? Co to w ogóle znaczy? I czy tak krótkie wypady pozwolą mi rozszyfrować ludzi, którzy osiedli tu przed laty? A może mam przywieźć pokarm dla wyobraźni? Może przeżycia i rezygnacja z codziennej wygody czegoś mnie uczą? Może, może, morze. Może po prostu czas odpocząć nad morzem.

Brr, spłodziłam właśnie taki suchar, że aż wzdrygam się i zaczynam czuć Saharę w ustach. Nie, to tylko kawa, która odwadnia w upale.

Czuję, że przed chwilą dotknęłam czegoś, czego nie potrafię do końca zrozumieć i wyrazić. Czegoś, co wydaje mi się banalnie proste, a jednocześnie najtrudniejsze na świecie. Czy kiedykolwiek pojmę, o co mi chodzi?

– Jedziemy? – Michał przerywa moje myśli błądzące po dziwnych ścieżkach.

– Tak – odpowiadam.

Ostatni raz spoglądam na góry. Burzowe chmury gromadzą się na niebie. Ciekawe, czy nas dosięgną. Wsiadam na rower i zostawiam Chorwację za sobą nawet, jeśli jeszcze z niej nie wyjechałam. Pożegnanie z Chorwacją samo się dokonało. Jeśli przyjdzie taki dzień, że do niej wrócę, to przyjadę tu mądrzejsza, spokojniejsza, z większym workiem pieniędzy. I wolę jednak Split. Dubrovnikowi brakuje Starożytnych Rzymian.

 CDN.

Pozegnanie z Chorwacją

Mapa z noclegu do granicy source: Google Maps

do Czarnogóry_002

Z tej perspektywy Dubrovnik bardzo przypomina mi KL

do Czarnogóry_006

Już tęsknię

do Czarnogóry_008

Baszta Minčeta

do Czarnogóry_011

Kościół św. Ignacego od boku i od tyłu

do Czarnogóry_012

A na murach tłumy

do Czarnogóry_018

Katedra w Dubrovniku z góry

do Czarnogóry_020

Wieża zegarowa w Dubrovniku, a na lewo port

do Czarnogóry_021

Uliczki, domy, jednym słowem cały Dubrovnik

do Czarnogóry_024

Widok z Jadranki, od innej strony, po lewej w dolnej części zdjęcia port Revelin, dalej Klasztor Dominikanów, powyżej klasztoru Wieża Zegarowa, okok kościół Zbawiciela, u góry po lewej Katedra, obok, kościół św. Ignacego i cała reszta miasta

do Czarnogóry_028

Widok na miasto spomiędzy krzewów

do Czarnogóry_029

I kolejny widok na miasto, rozstać się z Dubrovnikiem nie mogę

do Czarnogóry_032

Katedra

do Czarnogóry_033

I jeszcze jeden strzał

do Czarnogóry_034

Dachy Dubrovnika

do Czarnogóry_035

I znowu inna perspektywa – najbardziej w oczy rzuca się Fort Lovrijenac z tyłu Starego Miasta

do Czarnogóry_036

I znowu kościół św. Ignacego i Fort Lovrijenac oraz dachy domy i mury

do Czarnogóry_042

Zbliżając się do granicy

do Czarnogóry_044

Za restauracją, w której pijemy ostatnią kawę

do Czarnogóry_045

Czyżby Chorwacja chciała nas pożegnać burzą?

Najnowsze galerie: