Anna Piechowska

dziennikarz, fotograf, pilot wycieczek

 
1 August 2015
 

Wielka Improwizacja – Czarnogóra cz.17 finalna

Pożegnanie z Chorwacją samo się dokonało. Jeśli przyjdzie taki dzień, że do niej wrócę, to przyjadę tu mądrzejsza, spokojniejsza, z większym workiem pieniędzy. I wolę jednak Split. Dubrovnikowi brakuje Starożytnych Rzymian.

Przed nami stoi żółte Lamborghini na czeskich blachach, a my wśród upału, słońca i spalin tkwimy na granicy Chorwacko – Czarnogórskiej. Przeszliśmy już jedną kontrolę, a teraz czekamy na zielone światło do wjazdu do Czarnogóry. Kolejka nie wydaje się duża, jednakże mogą to być tylko pozory. Przypominam sobie, jak ostatnio wyjeżdżałam na Ukrainę i ile czasu koczowałam, by wydostać się z Unii Europejskiej, a potem do niej wrócić. Tym bardziej dziwię się, gdy okazuje się, że wszelkie formalności przebiegają w try miga! Celnicy pytają nas tylko, czy nie mamy czegoś do oclenia. Na nasze pół litra wina z Dubrovnika i litr sznapsu uśmiechają się z politowaniem i z uśmiechem zapraszają nas do swojej ojczyzny. Przed nami wyłaniają się góry, które majestatycznie wznoszą się nad okolicą – Dynary są tu dużo wyższe niż te za miedzą.

Podekscytowani nową przygodą, która czeka za najbliższym rogiem, zjeżdżamy z pagórków na poziom morza i bardzo szybko przekonujemy się, że czarnogórscy kierowcy są ulepieni z tej samej gliny co chorwaccy. O ile nie gorszej.

Docieramy do Herceg–Novi. Ujechaliśmy zaledwie dwanaście kilometrów w tym nowym kraju, a już nasze uszy wypełniają piskliwe dźwięki klaksonów, jazgoczące hałasy ostrego hamowania i świst powietrza zbyt blisko przejeżdżającego samochodu. Droga do Baru przez Kotor i Park Narodowy Biogradska Góra będzie jeszcze gorsza niż wybrzeżem Adriatyku. Czuję, jak zimny pot spływa mi po plecach. Pewnie jakoś dam radę, ale o przyjemności mogę zapomnieć.

Mamy już tylko dolary, zaczynamy więc szukać kantoru, by wymienić je na miejscową walutę – Euro. Europejska waluta w kraju niezrzeszonym we Wspólnocie. Nie dziwne to? Jak się okazuje – i tak, i nie. Nie tylko to małe państewko wprowadziło walutę UE, nie będąc częścią Unii. Watykan, San Marino, Monako także używają Euro, a do Unii nie przystąpiły. W ich przypadku były to jednak działania ustalone poprzez umowy międzynarodowe, podczas gdy Czarnogóra z nikim się nie umawiała – po prostu euro przyjęła w 2002 roku. A to Kozacy. To jednak nie cała prawda. Jak w każdym przypadku, i tym razem jest nieco bardziej skomplikowane.

Pod koniec XX i na początku XXI wieku Czarnogóra należała najpierw do Związkowej Republiki Jugosławii, a potem do Federacji Serbii i Czarnogóry. W kraju hulała wtedy hiperinflacja. Mieszkańcy, przygotowując się do opuszczenia wszelkich innych organizmów państwowych oprócz  własnego, obok dinara wprowadzili niemiecką markę jako drugą walutę. Już w 2000 roku stała się ona jedyną obowiązującą. A gdy Niemcy przeszły na euro, Czarnogórcy poszli ich śladem. Wpłynęło to bardzo pozytywnie na gospodarkę kraju. Hiperinflacja spadła, system bankowy uspokoił się, a euro paradoksalnie stało się lekarstwem, co szczególnie dziwi w obliczu tego, co działo się na Cyprze i ma miejsce w Grecji. Nie jestem jednakże specjalistą w dziedzinie ekonomii…

Poszukiwania kantoru są bezowocne. W piątkowe popołudnie (16!) wszystko się już zamknęło. O nie!

Mamy więc problem. W końcu postanawiamy spróbować wypłacić kasę z bankomatu. Obawiałam się tego momentu, bo przed wyprawą spektakularnie obrabowaliśmy nasze konta i nie mam bladego pojęcia, czy zostały tam jeszcze jakieś pieniądze. Okazuje się jednak, że uda się nam wyciągnąć kilkadziesiąt euro. Uff. Postanawiamy więc sprawdzić, czy ceny są tutaj normalniejsze od chorwackich i idziemy na obiad do pizzerii na jednym z placów Starego Miasta.

Ledwie siadamy, podchodzi do nas uśmiechnięty kelner, przynosząc nam karty dań. Z trwogą zaglądam do środka  po czym ze świstem i ulgą wypuszam powietrze. Chce mi się krzyczeć ze szczęścia! Pizza za pięć euro, sałatka za 2,5 euro. O szczęśliwości! Zamawiamy więc dużo dobrych rzeczy, a rachunek łącznie z napojami wynosi piętnaście euro. Po chwili kelner przynosi nasze potrawy. Z radości mam ochotę się popłakać. Na pizzy leży dużo dodatków, a nie jedna oliwka! Na sałatkę składają się: ser o smaku podobnym do mozarelli, pomidory, ogórki, papryka, sałata i marchewka oraz oliwa. Oddajemy się pałaszowaniu zapijając wszystko herbatą i colą. Przyglądam się też dziennikarzom telewizji Boka, którzy siedzą zaledwie dwa stoliki od nas i głośno dyskutują. Ciekawe, co ciekawego wydarzyło się dzisiaj w tym rejonie.

Nawet nie zauważamy, jak popołudnie zamienia się powoli we wczesny wieczór. Musimy się zbierać na nocleg. Żegnamy się z naszym uśmiechniętym kelnerem, dziękując mu za miłą obsługę skromnym napiwkiem i wyruszamy na camping.

Herceg Novi nie bez powodu nazwano miastem kwiatów. Otacza nas, podobnie jak w Chorwacji, roślinność śródziemnomorska – cyprysy, palmy, różnokolorowe kwiaty, których nazw nie znam. Znajdujemy się już na terenie Boki Kotorskiej – zatoki, która ciągnie przez dużą część kraju. Spodziewaliśmy się tutaj tłumów, gdyż to właśnie sugerował nam przewodnik. Po ulicach spaceruje jednakże niewielu turystów.

Słońce powoli chowa się za horyzontem, gdy zjawiamy się na campie Zelenika. Pukamy do chatki, w której jak się domyślamy, mieści się recepcja. W środku nikogo nie ma. Czekamy pięć minut, ale wszystko świeci pustkami. W końcu stwierdzamy, że rozbijamy namiot, a kwestie formalne załatwimy później. Jak pomyśleliśmy, tak robimy. Pod krzakami znajdujemy odpowiednie miejsce na nasz przenośny dom. Stawiamy go. Następnie wracamy na recepcję. Tym razem spotykamy właściciela, który stwierdza, że bardzo dobrze, że już się rozgościliśmy. On właśnie wrócił z kolacji i może nas zameldować. Płacimy więc z góry za dwie noce. Ceny miejsc do spania w Czarnogórze miały być równie wysokie, jak w Chorwacji. Okazuje się jednak, że są sporo niższe. Dwadzieścia euro za całość, dwie osoby z namiotem to wprawdzie dużo wyższa cena niż w Polsce, ale jednocześnie lepsza niż w kraju oliwek, wina i Rzymian.

Wracamy na naszą małą polankę. Okazuje się, że w namiocie obok rozbili się Polacy. Witamy się z nimi, siadamy wszyscy przy stoliku, pijemy wino i rozmawiamy o naszych przygodach. Ciemność nadchodzi szybko, nasi sąsiedzi wyruszają w drogę wczesnym rankiem, więc żegnamy się z nimi i cicho spoglądamy w gwiazdy, które świecą nad naszą głową.

Rankiem długo zwlekamy się ze śpiworów. Dzisiaj dzień wolny, więc możemy pozwolić sobie na luksus długiego odpoczynku. Szczerze mówiąc, marzy mi się moje wygodne łóżko, bo coś wlazło mi w plecy. Nic to, jeszcze kilka dni i zaznam luksusu mojego materaca.

Wszystko dzisiaj robimy powoli. Nieśpiesznie przygotowujemy śniadanie. Zółwim tempem pijemy kawę. Mam jeden plan – w końcu po tylu latach przeczytać znaczną część Don Kichota z Manchy. Sadowię się więc wygodnie z moim czytnikiem w cieniu drzew i krzaków i zagłębiam się w lekturze. Po trzech godzinach mam wrażenie, że moja głowa zaraz eksploduje. Wiem, że Miquel de Cervantes napisał tę książkę jako satyrę na literaturę rycerską, ale bezbrzeżna głupota tytułowego Don Kichota tak mnie irytuje, że na jakiś czas muszę go zostawić samemu sobie. Szukam więc czegoś lżejszego. Mój wybór pada na Krzyżaków, których czytałam wiele lat temu. Ponownie więc układam się wygodnie na karimacie i przenoszę się do Średniowiecznej Polski. Gdy podnoszę głowę jest już pod wieczór. Ojej, gdzie ten czas się podział?

Przygotowujemy obiado – kolację, delektujemy się nią, a potem Michał wyciąga mnie na kawę do pobliskiego baru i spacer brzegiem morza. Światła miasta odbijają się od wody.

– Wiesz, że nie pojadę dalej Jadranką – rzuca Fogel.

– Obawiałam się, że dzisiaj może dojść do tej rozmowy – stwierdzam ponuro i krzywię się.

– A w góry już, nie ma się co oszukiwać, nie zdążymy.

– Wiem – zaciskam usta.

– Zresztą na te góry i tak nie mamy formy. Co dopiero z bagażem. To wszystko nie ma sensu. Prosimy się o kłopoty.

– Wiem – wzdycham ciężko.

– Mam propozycję. Zakończmy wyprawę tutaj, pojedźmy do Baru, tam pogrzejmy się kilka dni na plaży czekając na autobus do Polski, a do Czarnogóry wrócimy za rok, może za dwa z formą, z samochodem, żeby naprawdę pojeździć po górach.

– Nie chcesz podjąć ryzyka i jechać po Jadrance? – łzy cisną mi się do oczu.

– Nie. Nie chcę wrócić do Polski wycieńczony nerwowo. Chcę trochę odpocząć A ty chcesz się narażać?

– Z jednej strony nie – odpowiadam po chwili namysłu – a z drugiej strony tak szybkie poddanie się nie leży w mojej naturze.

– Nie traktuj tak tego.

– Wiem, że rozsądek podpowiada najprostszą opcję, ale wstyd mi, że tak ciągle ułatwialiśmy sobie tą podróż. Źle się z tym czuję. Wakacje to niby nie wyzwanie, ale no cholera, ja zawsze wszystko traktuję jak test, sprawdzian własnych możliwości. I mam poczucie, że go właśnie oblałam.

– Wiem. Ja też tak trochę czuję. Tylko co nam przyjdzie z tego, że zdamy ten test, ale nie pojedziemy już na żadną wyprawę, bo wrócimy do domu w drewnianych pudełkach.

– Inni to robili i przeżywali.

– Kwestia szczęścia.

– No wiem, Michał, że masz rację. Z naszym pechem pewnie spotka nas wszystko co najgorsze – podnoszę ręce do góry w geście poddania – moja głowa zgadza się z Tobą, moje głupie serce już nie. Lepiej będzie posłuchać tego pierwszego.

Czarnogóra

Ostatni etap naszej drogi. Z Herceg Novi do BAru już autobusem source: Google Maps

Chce mi się wyć do księżyca. Moczę stopy w morzu, ale nawet to mnie nie cieszy. Może jutro wróci mi rozsądek, może rano perspektywa kąpieli w morzu uraduje mnie, może jak dojedziemy do Baru będę zadowolona, że zostawiliśmy potencjalne niebezpieczeństwo za sobą. Tak na pewno się stanie. Tylko dlaczego teryaz muszę czuć gorycz porażki i smak rozczarowania. Wracamy na teren campingu. W nocy mam same koszmary.

Rankiem pakujemy się raczej nieśpiesznie. W końcu mamy dzisiaj niewiele zadań. Ja – iść na Eucharystię na 10.00. Razem – przemieścić się do Baru i znaleźć tam camping. Od naszego gospodarza wiemy, gdzie szukać kościoła rzymskokatolickiego. W Czarnogórze mieszka niewielu katolików – zaledwie pięć procent. Żegnamy się z miejscem naszego ponad dobowego odpoczynku i powoli wracamy w stronę centrum miasta. Po drodze podziwiamy jeszcze przez chwilę twierdzę Kanli kula – krwawą wieżę. Nazwa ta wzięła się od więzienia, które znajdowało się w niej przez długie lata. Wznieśli ją Turcy w XVII wieku. Wapienne zamczysko górujące nad morzem budzi trochę przygnębiające wrażenie. A może to mój nastrój nadaje jej te cechy?

Fogel zostaje w barze kawowym z naszymi rowerami, a ja tymczasem udaję się na poszukiwanie kościoła św. Hieronima. Kościół ten zbudowano na fundamentach meczetu. Jasnożółta fasada z rozetą przyciąga mój wzrok już z oddali.

Po Eucharystii bogatej w przepiękne, ale niezrozumiałe dla mnie śpiewy i pieśn, idę jeszcze na krótki spacer. Obchodzę plac Nikoli Djurkovicia – ten sam, na którym jedliśmy obiad przedwczoraj. Wspinam się po schodach, które prowadzą pod Wieżę zegarową zwaną Sahat Kula. Zaglądam jeszcze na Plac Hercoga Stefana, przyglądam się cerkwi i już schodami nad morze pędzę do Michała, który Herceg Novi zwiedził wczoraj, gdy ja zakopałam się pod książkami.

Idziemy na dworzec autobusowy wypatrywać kierowcy, który zgodzi się nas zabrać z rowerami. Jak się okazuje, stanowi to mniejszy problem niż w Chorwacji. Zanim zdążymy przysiąść choćby na chwilę, już zostajemy wręcz zagonieni do do autokaru. Nasze pojazdy i bagaże zostają zapakowane, a my z nimi.

Proces upychania ludzi w autobusie i zbierania pieniędzy za bilety przez pomocnika kierowcy przebiega szybko i sprawnie. Już po chwili jedziemy. Okazuje się, że siedzę na zepsutym krześle, które co chwila podskakuje na wybojach razem ze mną wydając z siebie zabawne klekoczące dźwięki. Po chwili od dziur w drogach oraz duchoty panującej w starym nieklimatyzowanym autokarze robię się zielona na twarzy i na oścież otwieram okno. Trochę lepiej. Nasza droga prowadzi przez Bokę Kotorską. Z niemym zachwytem wpatruję się w wyrastające prosto z morza góry. Znowu targa mną żal, że spotykam się z tym miejscem tylko z perspektywy starego autobusu. A mieliśmy tu być tak naprawdę, w pełni, całkowicie i do końca. Eh.

Gdy docieramy do Kotoru, i mi i Fogelowi oczy zamieniają się w spodki. Chciwie wpatrujemy się w wijące się niczym węże na zboczu górskim stalowo – szare mury miejskie. Poziom mojego przygnębienia, smutku i nieszczęścia sięgnął właśnie zenitu, a mój dół osiągnął rozmiary Rowu Mariańskiego. Wzdycham głęboko i otwieram usta, by powiedzieć o moim smutku Michałowi.

– Tak wiem – stwierdza zanim zdążę cokolwiek rzec – ale widziałaś te samochody, sposób wyprzedzania, zachowania kierowców jak tu jechaliśmy.

– Tak – burczę – znowu płacimy cenę za to, że nie odrobiliśmy porządnie zadania domowego. Albo dlatego, że mamy słabą psychę.

Już po chwili zostawiamy za sobą za sobą najdalej położony na południe fjord Europy. Chwilowo niespełnione marzenie. Jedziemy pomiędzy górami. Po chwili wyczerpana swoim rozczarowaniem zapadam w drzemkę przerywaną klekotaniem siedzenia i snami, w których usiłuję wejść do Kotoru, ale nie mogę znaleźć drogi.

Budzę się kilkanaście kilometrów od Baru. Zewsząd otaczają nas góry Dynarskie, ich łagodne, aczkolwiek skaliste szczyty sprawiają, że znowu zaczynam cieszyć się naszą wyprawą, która zginęła śmiercią tragiczną.

Dojeżdżamy do Baru i wysiadamy na opustoszałej stacji autobusowej. Korzystamy ze śmierdzącej, ale darmowej toalety i jedziemy do portu. Nie znamy tutaj żadnego campingu, ale podejrzewamy, że w niedzielne popołudnie właśnie tam najszybciej zasięgniemy języka. Niestety, zarówno nabrzeże jak i plaże, mimo słonecznej, choć tchnącej duchotą pogody świecą pustkami.

Idziemy więc na kawę. Może w barze w Barze spotkamy kogoś kto powie nam, gdzie mamy szukać noclegu. Zamawiamy kawę i lody. Gdy kelner je przynosi pytamy, czy zna kogoś kto prowadzi tutaj camping. Niestety. Obiecuje jednak popytać innych gości. Nie mija pięć minut, gdy przy naszym stoliku zjawia się kapitan okrętów. Mówi nam, że jego kolega prowadzi camping, tutaj zaraz za rogiem. Sięga po telefon i dzwoni.

Po chwili do baru podjeżdża czarna mazda. Przyjechał po nas krewny właściciela. Zabiera Michała ze sobą, żeby pokazać mu camp i miejsce, w które musimy dojechać. Natychmiastowo włącza mi się moje ograniczone zaufanie do obcych. A co, jak wywiozą mi narzeczonego i już go nie zobaczę?! Michał jednak odważnie pakuje się do auta, które znika w tumanach pyłu na drodze.

_DSC6153

Widok z naszego campu

Po około dziesięciu minutach Fogel wraca. Camp „Zetast” bardzo mu się podoba, proponowana cena jest stosunkowo niska. Zbieramy więc swoje manatki i ruszamy. Jedziemy przez osiedle domków jednorodzinnych. Interesujące. Czyżby ktoś założył swoją „agroturystykę” w ogródku? Po pięciu minutach docieramy na miejsce. Niewiele się pomyliłam. Camping to właściwie ogródek w cieniu drzew figowych, z boksem, w którym są okafelkowane toalety, umywalki i prysznice, oraz domek letniskowy, w którym mieszka właściciel obiektu. Okazuje się nim być starszy, ale dobrze zbudowany i pełen sił mieszkaniec Podgoricy. Witamy się z nim, jak też z innymi turystami przebywającymi na tym niewielkim campingu. Nasz gospodarz pokazuje łazienki, tłumaczy, jak dojść na plażę, podpytuje skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. Cieszy się bardzo, gdy kulawym niemieckim wyjaśniamy mu, że zostaniemy na cztery noce. Okazuje się, że już następnego dnia zostaniemy jedynymi gośćmi, ponieważ reszta turystów wyrusza w dalszą drogę.

Rozbijamy nasz namiot, zatykamy polską flagę i zabieramy się za gotowanie. Na horyzoncie widać kłębiące się granatowe Cumulonimbusy z książkowym wręcz kowadłem.

– Ojej, czyżby miała nas dzisiaj dopaść burza? – pytam Michała wskazując mu dłonią, w której trzymam nóż, na niebo.

– Może tak, może nie – stwierdza.

Obawiając się niepogody jem w pośpiechu. Bardzo chciałabym dzisiaj umyć głowę, a nie uśmiecha mi się schnięcie w strugach deszczu. Żwawo przemieszczam się więc w stronę łazienki i biorę szybki prysznic. Burza jednakże nie przychodzi. Zadowolona z takiego obrotu sprawy kładę się spać. Michał po chwili dołącza do mnie i już po chwili oddajemy się słodkiej nieświadomości.

Nagle słyszę huk. Niespokojnie przewracam się w śpiworze i bardziej czuję niż widzę oślepiające światło pod powiekami. I znowu rozlega się grzmot. Czyli burza jednak nadeszła, niczym złodziej w pochmurną noc. Po chwili dochodzi do mnie jeszcze jeden dźwięk. Szum deszczu. Dźwięk takiej ulewy, w trakcie której pluje żabami wielkimi jak pięść. I na dodatek dociera do mnie to, że czuję ucisk w pęcherzu. Mocny, napierający, prawie mówiący: Wysuwaj do toalety. O nie. Wyjście na zewnątrz w obecnej sytuacji to ostatnia rzecz na którą mam ochotę. Staram się więc zignorować potrzebę, zamknąć oczy i pogrążyć się w objęciach Morfeusza. Nic z tego. Moje nerki śpiewają: Idź do ubikacji, wysuwaj, natychmiast! Wrrr.

Prawie ze stękiem rozpinam namiot. Uderza mnie chłód mokrej nocy i miarowe, całkiem bliskie grzmoty. Wzuwam sandały na stopy i biegnę jak strzała do baraku z toaletą. Gdy już tam jestem i załatwiam swoje sprawy, nie mam ochoty wracać. Nie, nie, nie, ja tu dzisiaj śpię. No dobra. Nocowanie w kiblu to fatalny pomysł. Zbieram się więc w sobie i przez kaskady ulewy gnam z powrotem do namiotu. Gdy tam docieram, jestem mokra. Zawijam się więc szczelnie w śpiwór i modlę się o szybki sen.

Rano budzę się połamana. Boli mnie krzyż, ale to dla mnie normalne po takim rwanym śnie. Po nocnej niepogodzie nie został nawet ślad. Wyczołguję się z namiotu. Na zewnątrz świeci jasne słońce, góry stoją niewzruszone, a dwa metry ode mnie siedzi kot. Szylkret.

– Kici, kici – wabię. Nope. Futrzak odwraca się kitą do mnie i odchodzi.

Zabieramy się za robienie śniadania i konsumowanie go. Mam chyba dzisiaj wybitnie zły dzień, bo jedzenie w ogóle mi nie smakuje. Zostawiam więc kawałek szynki dla zwierzaka. Po posiłku Michał zachęca mnie, byśmy razem poszli po najpotrzebniejsze zakupy.

– A możesz iść sam? – pytam – Miałam bardzo złą noc. Poleżałabym jeszcze.

Mój mężczyzna godzi się na taki układ, bierze rower i rusza. Ja wyciągam karimatę z namiotu, przez chwilę rozmawiam z innymi gośćmi campingu Zetast, a potem kładę się w cieniu drzew i zabieram się za czytanie książki. Niestety po około trzydziestu minutach zaczynają boleć mnie oczy. Leżę więc próbując usnąć. Nic z tego. Robi mi się zimno. Wyciągam więc śpiwór z namiotu i się nim okrywam. Ciągle jednak lekko się trzęsę. Kulę się więc na karimacie usiłując rozgrzać moje członki. Tymczasem słońce stoi już wysoko, temperatura oscyluje w pobliżu trzydziestu stopni. Patrząc na moje dziwne zachowanie przychodzi nasz gospodarz. Swoim naprawdę dobrym niemieckim mówi mi, że jest tak gorąco, że nie powinnam leżeć pod śpiworem. Próbuję tłumaczyć mu swoim pociesznym akcentem i biedą słów, że mi zimno. Co jest? Dlaczego w gorący dzień trzęsę się jak osika? I dlaczego Fogel jeszcze nie wrócił? Przecież minęły już wieki od kiedy pojechał. Mija godzina, potem druga. Wcale mi się nie polepsza. Szczękam zębami, zakrywam się po uszy, a czuję się jakbym leżała na Antarktydzie. W końcu udaje mi się zdrzemnąć. Targają mną jednak złe sny, w których biegam po górskich szczytach w środku burzy. Ze snu budzi mnie lekki szczęk. Podnoszę głowę i wpatruję się w żółte ślepia kota, który kradnie właśnie resztki pasztetu z opakowania. Nie mam siły nawet zareagować, zresztą, co nam po nadżartej konserwie. Zwierz wygląda na zadowolonego.

_DSC6154

Góry tuż za rogiem

Gdy Michał w końcu wraca, patrzy na mnie z przerażeniem.

– Co się stało? – pyta stłumionym głosem, podnosząc wysoko brwi i lustrując mnie i moje posłanie wzrokiem.

– Chyba jestem bardzo osłabiona – mówię słabo – cały czas mi zimno.

Mój luby podchodzi do mnie i dotyka swoim czołem mojego.

– Osłabiona, mówisz? Ja mam wrażenie, że jesteś rozgrzana jak piec!

– To pewnie przez ten śpiwór. Jest mi zimno i pod nim leżę.

– Aniu, to wygląda tak, jakbyś miała gorączkę.

– Nie, to niemożliwe – zaprzeczam – przecież wiesz, że ja nie miewam podniesionej temperatury.

– A jednak. Zapytam naszego gospodarza, czy może nam użyczyć termometru.

Podnoszę lekko głowę. Dopiero teraz zauważam, że namioty naszych sąsiadów już zniknęły i jesteśmy sami na campingu.

– Dobrze, jak uważasz, ale mówię Ci, że nie mam gorączki.

Michał zostawia mnie i idzie do właściciela. Po chwili wraca.

– Nie ma termometru. Idę do apteki.

– No dobrze –  mówię zrezygnowana.

Michał po chwili wraca, rozpakowuje termometr i wsadza mi go do paszczy. Gdy go wyciąga, oczy zamieniają mu się w spodki.

– No co jest? – pytam – jestem już zimnym trupem?

– Zobacz – pokazuje mi wskaźnik, na którym widnieje 39.1 °C! Ups.

– Ale, ale to niemożliwe – protestuję słabo.

– A jednak. Czego Ci potrzeba?

Próbuję zebrać myśli do kupy. Specjalistą od leczenia w tym związku jestem ja.

– Przede wszystkim Ibuprofenu, muszę zbić gorączkę poniżej 38 stopni. I chyba tyle.

Nie mam żadnych objawów choroby, tylko łupie mnie w krzyżu. Dziwne to wszystko.

Fogel grzebie w naszej dobrze zaopatrzonej apteczce i przynosi mi lekarstwo. Popijam je dużą ilością soku i z powrotem zakopuję się w śpiworze.

– Może połóż się w namiocie – mówi mój luby.

– I umrzyj – rzucam – tam jest tak gorąco, że pięciu minut nie wytrzymam. Tu jest lepiej.

Leżę sobie więc i czekam. W końcu, po czterdziestu minutach, zaczynam się pocić. Najpierw lekko, a potem czuję jak się ze mnie leje. Chyba nawet na chwilę zasypiam. Gdy otwieram oczy, widzę Michała, który intensywnie wpatruje się we mnie. W końcu, cała mokra i klejąca, zrzucam z siebie okrycie, chwiejącym krokiem idę pod prysznic i zmywam z siebie nieprzyjemne wrażenie. Wracam do Michała, wsadzam termometr między zęby i mam ochotę cisnąć nim w krzaki, bo pokazuje 38,5 stopnia. Czekam więc, aż śpiwór na słońcu stanie się suchy. Michał tymczasem przynosi mi dużo dobrych rzeczy: cukierki, kabanosy, paluszki. Na wszystko jednak kręcę nosem. Nie mam apetytu.

– Zrobisz mi herbaty i dasz mi kromkę chleba z obojętnie czym? – proszę go. Wmuszam w siebie pieczywo z wędliną zapijając dużą ilością napoju. Czuję, jak bardzo nie mam ochoty jeść, że chciałabym szybko znaleźć się w pozycji horyzontalnej. Mój śpiwór już wysechł, ładuję się więc z powrotem na karimatę i kładę się.

Przychodzi do nas właściciel campingu Zetast i pyta mnie, czy jestem chora. Odpowiadam mu, że na to wygląda. Nasz gospodarz drapie się po głowie, po czym mówi, że nie powinnam leżeć na ziemi, bo zrobi mi się tylko gorzej, po czym przynosi łóżko polowe, na którym każe mi się położyć. Dziękujemy mu bardzo z Michałem. Kładę się na posłaniu, po czym gdzieś odpływam.

Gdy się budzę, znowu jest mi zimno. Słońce chyba wisi już nisko na horyzoncie. Michał chyba siedzi z naszym gospodarzem na ganku jego domku i rozmawiają. Chyba biorę kolejny Ibuprofen zapijając go sokiem. Chyba znowu zasypiam. Potem chyba pocę się potężnie, chyba biorę kolejny prysznic i mój narzeczony chyba wmusza we mnie jakieś jedzenie. Gdy znowu się budzę widzę, że dzień się już skończył i powoli zapada zmrok. Jestem jakby trochę przytomniejsza i znowu bardzo mokra od potu. Biorę kolejny prysznic, idę do naszego gospodarza i dziękuję mu bardzo za łóżko, proszę Michała, by je złożył i oddał. Wlokę się do namiotu, łykam kolejną tabletkę i idę spać. Jestem tak zmęczona, jakbym cały dzień pedałowała pod górkę.

Czarnogóra  (1 of 1)

No to jestem upieczona

Rano budzę się skoro świt. Czuję się całkiem nieźle. Może moja gorączka to był jednodniowy wybryk organizmu. Wstaję, wychodzę z namiotu, zostawiając śpiącego jeszcze Michała. Gospodarz campu Zetast już jest na nogach. Siedzi na swoim ganku. Witam się z nim swoim łamanym niemieckim, odpowiadam pozytywnie na pytania o moje samopoczucie, po czym zostaję zaproszona by posiedzieć i porozmawiać na ganku. Nasza konwersacja idzie bardzo powoli, bo męzczyzna musi wszystko dwa razy powtarzać wspierając się jeszcze gestami, podczas gdy ja mieszam słowa angielskie z niemieckimi i jeszcze pomagam sobie rękoma. Dowiaduję się, że przez większą część życia pracował z Niemczech, a teraz na czas emerytury kupił tę ziemię, by w wolnym czasie prowadzić bazę namiotową. W ciągu zimy mieszka w Podgoricy, jednakże po śmierci żony i z dorosłymi dziećmi nie ma już tam zbyt wielu obowiązków. Na stole stoi pękata butelka domowej rakiji. Nasz gospodarz śmieje się i pyta czy chcę się poczęstować. Wskazuję na dopiero wschodzące słońce i mówię, że w życiu rano nie sięgnęłabym po alkohol. Mężczyzna śmieje się i mówi, że i tak nie dostałabym rakiji, bo nie wiadomo co z moją kondycją zdrowotną. Następnie opowiada mi, że on każdy swój dzień zaczyna małą trzydziestką trunku, a potem wcale już nie używa alkoholu, chyba że rozwodnione białe wino wieczorem. Uważa, że mała ilość alkoholu rankiem jest zdrowsza niż duża ilość procentów wieczorem. Nie mi się spierać. Co kraj, to obyczaj. Rozmawiamy też o kocie, który nas wczoraj nawiedził. Okazuje się, że to samiczka sąsiadów, która lubi się włóczyć i podkradać jedzenie, ale niemalże wszyscy turyści ją uwielbiają. Nasz gospodarz pyta także o nasze wrażenia z pobytu na Chorwacji. Szczerze mówię o rzeczach, które mnie bolały, o braku sympatii dla Chorwatów i próbuję się dowiedzieć, jak wyglądała wojna z Chorwacją oczami mieszkańców Czarnogóry. W odpowiedzi słyszę tylko, że Chorwaci wyrządzili Czarnogórcom wiele krzywdy. Nie drążę tematu, bo widzę, że naszemu gospodarzowi ciężko o tym mówić.

Słońce stoi już wysoko, gdy budzi się Michał. Bardzo cieszy się tym, że czuję się dobrze. To jednak niestety tylko pół prawdy, gdyż z minutę na minutę robi mi się coraz zimniej. A już myślałam, że dzisiaj pójdę na plażę. Siedzimy na ganku domku w trójkę, rozmawiamy o Barze, o urodzie Czarnogóry, szlakach rowerowych, Durmitorze. Przychodzi jednak taki moment, w którym mówię, że muszę się położyć, bo zaczyna mi się robić słabo. Zostawiam więc Panów, by rozmawiali i kładę się na karimatę pod śpiworem. Znowu mam 39 stopni. Długo jednak tak nie leżę, bo nasz gospodarz ponownie przynosi łóżko polowe.

Biorę ibuprofen i zaczyna się kolejne spanie, pocenie, budzenie, prysznic, picie, przestawianie łóżka w cień, tabletki, sen, lejąca się ze mnie woda. I tak cały dzień. Za każdym razem, gdy się budzę, widzę, że Michał siedzi obok mnie albo na ganku. Jak przez mgłę słyszę naszego gospodarzam który twierdzi, że powinnam iść do lekarza. Protestuję, bo na pewno jakakolwiek to nie byłaby choroba, to na pewno za chwilę temperatura mi spadnie i pójdę na plażę wykąpać się w morzu.

Michał wmusza we mnie kolejne jedzenie, zauważam też, że ibuprofen nie działa już zbyt dobrze, dlatego proszę mojego lubego o zmianę środka na paracetamol. Gdy siada obok mnie z lekarstwem, nie mogę się powstrzymać:

– Pojedziemy nad morze, odpoczniemy, wygrzejemy się na plaży, wykąpiemy w Adriatyku – będzie fajnie! – ironizuję.

– Taak, nawet mi nie mów – mówi Fogel z przekąsem.

– Życie to straszny kutas – stwierdzam ponuro – gdy myślisz, że już najgorsze za Tobą, okazuje się, że los wpakował Cię w kolejną kabałę – zaczynam głośno, histerycznie i szaleńczo rechotać. Taki śmiech przez łzy.

– Murphy – pogardliwie rzuca mój luby.

– Jesteś najlepszy, wiesz – słabo ściskam mu rękę – kto inny by się tak mną opiekował – jestem teraz jak dziecko.

– E, tam – kwituje mój narzeczony – ty też zawsze się mną tak opiekujesz.

– Idź kochanie zwiedzić Bar – proszę go – ja sobie tu poradzę.

– Nie ma mowy. Zostaję z Tobą – obrusza się Fogel – a teraz śpij i zdrowiej. Gdy słońce zachodzi, Michał pomaga mi się przenieść do namiotu. W nocy znowu kilka razy się budzę cała spocona.

Kolejnego dnia o świcie oprócz tego, że wszystkie ubrania mam sztywne i śmierdzące od potu, znów czuję się w porządku. Z naszym gospodarzem powtarzamy wczorajszy rytuał, rozmawiamy przy stoliku na werandzie, tym razem o polityce w Polsce i w Czarnogórze. I jak wczoraj, w pewnym momencie robi mi się tak zimno i słabo, że znowu muszę się położyć.

– Anna, musisz dzisiaj jechać do lekarza – mówi nasz opiekun – powiedz jej Michał.

– Tak, słońce. Dzisiaj idziemy do lekarza.

– No dobrze – mruczę pod nosem. Biorę kolejny prysznic, zakładam przedostatni komplet czystych ubrań i mówię, że możemy iść. Nasz gospodarz jednak nie chce o tym słyszeć. Wsadza nas do swojego samochodu i wiezie do ambulatorium turystycznego. Naprawdę źle się czuję, że ktoś się tak dla mnie poświęca.

_DSC6152

Sanatorium w cieniu drzew i namiot w tle

Czuję się przerażona. Nie mam bladego pojęcia, jak wygląda poziom usług medycznych w Czarnogórze. A co jeśli to będzie jakiś zamordyzm? Po chwili jesteśmy na miejscu. Budynek, który służy za przychodnię przypomina mi PRL. Wchodzimy do niego, nasz gospodarz każe mi usiąść z Michałem w poczekalni, a sam ładuje się do gabinetu lekarskiego i tam po czarnogórsku opowiada o moich problemach. Po chwili przyjmuje mnie młody, dobrze mówiący po angielsku lekarz. Zbiera ode mnie wywiad, pyta o choroby, o przebieg obecnej, o bóle w krzyżu, a następnie kieruje mnie na badania krwi i moczu, do wykonania na cito. Ze skierowaniem w łapce idziemy do innej części budynku. Tam sytuacja się powtarza. Nasz dobry czarnogórski Anioł Stróż załatwia wszystko za nas. Dostaję jednorazowy kubeczek i przykazanie, by go w łazience zapełnić. Gdy już wracam i go oddaję, miła Pani pielęgniarka zabiera mnie do środka laboratorium i pobiera krew. Wyniki badań będą za trzy godziny. Oczy zamieniają mi się w pięciozłotówki. Trzy godziny! W Polsce czekałabym do jutra!

Wracamy na camping, tam znowu śpię. Michał budzi mnie, gdy musimy wrócić do przychodni. Nasz gospodarz znowu nas tam podrzuca samochodem. Okazuje się, że mam złe wyniki badania moczu i leukocytozę. Prawdopodobnie to jakieś zapalenie nerek. Dostaję kroplówkę, którą ledwie pamiętam i receptę na antybiotyki. Jeśli do jutra nie polepszyłoby mi się, mam przyjechać jeszcze raz. Po powrocie na camping właściciel zabiera mnie do swojego domku letniskowego i kładzie na jednym z łóżek. Z radia płynie czarnogórskie disco, a ja znowu odpływam.

Ostatni dzień naszego pobytu w Czarnogórze nie przynosi poprawy. Zaczynam się martwić, bo czeka nas ponad dwudziestogodzinna podróż autobusem do Polski. Przez ostatnie trzy dni mój świat skurczył się do campingu, a dzisiaj musi rozszerzyć się na tysiąc kilometrów. Jak ja przetrwam drogę do domu z taką gorączką? Niedobrze.

Do południa nieustannie leżę i pocę się, usiłując zbić temperaturę do poziomu bliskiego normalnemu. Nie udaje mi się. Dlatego też około drugiej nasz gospodarz z Michałem ponownie zabierają mnie do przychodni. Tam lekarz decyduje, że dostanę  zastrzyk z Diclofenacu.

Wracamy na camping. Znowu zostaję położona do łóżka i po około pół godzinie nagle zaczynam się pocić. Dosłownie wylewają się ze mnie wiadra wody. Co się dzieje? Nigdy nie miałam tak gwałtownej utraty wody. Gdy właściwie leżę już w kałuży własnych płynów, decyduję, że czas wziąć kolejny prysznic i przebrać się w suche, czyste ubranie. Wstaję i o dziwo, pierwszy raz od trzech dni czuję głód. Proszę więc Michała o coś lekkiego do przekąszenia, myję się, mierzę temperaturę i okazuje się, że opadła ona do 36, 9 stopnia. Szczęśliwa siadam z Michałem i naszym opiekunem na werandzie, gdzie zostajemy poczęstowani figami prosto w drzew. Dowiaduję się, że dużo lepiej wyglądam. Potwierdzam też, że wracam do życia. Późne popołudnie schodzi nam na rozmowach, a potem pakowaniu. Mamy taki bałagan w sakwach po mojej chorobie, że aby doprowadzić je do porządku, rozwalamy się na pół campingu. Nasz gospodarz śmieje się i cmoka. W końcu udaje się nam zapakować – to znaczy Michał układa, ja mu pomagam na tyle, na ile pozwalają mi siły. Diclofenac zdziałał cuda – ja żyję! Obawiam się wprawdzie tego, co będzie, gdy zbawienny lek przestanie krążyć po moich żyłach. Mam jednak szansę na powrót do domu, jeśli nie w warunkach komfortowych, to takich, dzięki którym nie przyjadę do Polski tak zużyta jak stare kapcie.

Nadchodzi wieczór, a z nim nasz wyjazd. Autobus odjeżdża o 23 z pobliskiej stacji benzynowej. Płacimy naszemu gospodarzowi umówioną kwotę, mimo, że ten chce jeszcze dać nam zniżkę. Ten wspaniały człowiek tak nam dopomógł w ciężkich chwilach, że powinno się go nosić na piedestale i przygotować mu wygrzane miejsce w niebie. Białym winem, ze łzami w oczach dziękuję mu za wszystko, co dla mnie zrobił. Rzadko spotyka się ludzi, którzy mają tyle serca dla zupełnie obcego człowieka. Żegnamy się z naszym wspaniałym gospodarzem, wygodnym campem Zetast, nieodkrytym przez nas Barem i niespełnioną Czarnogórą. Jeszcze tu wrócimy. Niedługo.

Zetastn

Camp Zetast – camp warty zamieszkania (Camp Zetast – camp worth visiting! fot. Camp Zetast)

EPILOG

Słowa te piszę z domu, w pełni już zdrowa, przynajmniej na ciele. Podróż powrotna z Czarnogóry była koszmarem. Nasz autobus firmy Elabus, bądź też Zuways – nazwy te cały czas funkcjonowały zamiennie – spóźnił się całą godzinę. Do nikogo nie mogliśmy się dodzwonić, nikt nas nie uprzedził, że transport nie zjawi się na czas, dlatego też staliśmy na stacji benzynowej pełni obaw, że nie wrócimy do Polski. Mimo tego, że zapłaciliśmy za bilety na rowery, musieliśmy wykłócać się z kierowcą, by je zabrał. Podróż zamiast dwudziestu dwóch, trwała dwadzieścia siedem godzin (tak, autobus spóźnił się do Krakowa pięć godzin), była ogromną katorgą. I to nawet nie z powodu mojej gorączki, która nie przekroczyła już 38 stopni. W autokarze klimatyzacja działała tylko teoretycznie – słaby nawiew sprawiał, że nawet oddychanie stawało się trudnością. Dlatego też w żadnym wypadku nie mogę polecić usług wyżej wymienionych firm.

Od wyprawy minął już rok. W tym niestety nie uda się nam jednakże wrócić do Czarnogóry – tegoroczny urlop spędzimy w Polsce (oczywiście jego kwestia już w międzyczasie skomplikowała się, a jakże!). Zadecydowaliśmy jednakże, że pojedziemy tam za rok – na nasz miesiąc miodowy. Mądrzejsi, z lepszą formą, lepiej zaplanowaną logistyką. I mam nadzieję, że tak się faktycznie stanie. Mimo tak krótkiego i poniekąd bolesnego czasu, jaki tam spędziłam, pokochałam ten kraj całym sercem. A przede wszystkim jego ludzi.

To już koniec cyklu Wielka Improwizacja – cieszę się, że było dane opisać mi wszystkie nasze perypetie, niektóre zabawne, inne trochę mniej. Dziękuję Wam, drodzy Czytelnicy, że wytrwaliście razem ze mną przez te siedemnaście odcinków naszych przygód. Dziękuję za motywację, popędzanie, dopytywanie, kiedy oddam Wam więcej materiału. Było mi to potrzebne, by pchnąć i ukończyć jak się okazuje moją pierwszą prawdziwą Opowieść. Teraz o naszej wyprawie wiecie już wszystko, oczywiście z mojej perspektywy. Mam też nadzieję – te słowa kieruję przede wszystkim do moich Przyjaciół – że już rozumiecie, czemu nie potrafię opowiadać o Michała i moich włóczęgach na spotkaniach „face to face”. Gdybym chciała wydusić z siebie całą historię – musielibyśmy siedzieć na tyłkach przez dwa dni, a i tak część spraw i wydarzeń pewnie bym po prostu przypadkiem pominęła.

And once again. For everything you’ve done for me, for us, dear people from CAMP ZETAST…HVALA!

https://www.facebook.com/pages/Camp-Zetast/931816973544777?sk=timeline

THE END.

Najnowsze galerie: